Reklama

Rozwój mężczyzny

Motywacją musi być miłość

Mieć przewodnika na życiowych drogach, mieć oddanego przyjaciela i mieć ucznia, którego sam prowadzę – oto trzy relacje, w których jako mężczyzna mogę się w pełni rozwijać. Dlaczego one są tak ważne? Odpowiedzi na to pytanie szukamy wraz z o. Dariuszem Sową, magistrem nowicjatu Braci Mniejszych Konwentualnych w Kalwarii Pacławskiej

Niedziela Ogólnopolska 36/2019, str. 45-46

[ TEMATY ]

psychika

stock. adobe.com

JAROSŁAW KUMOR: – Zacznijmy od ojcostwa. Posługuje Ojciec braciom przygotowującym się do życia zakonnego i kapłaństwa jako magister ich nowicjatu. Jest to pewien wymiar realizowania misji ojcowskiej. Co jest decydujące dla człowieka, który ma prowadzić innych, zwłaszcza w przygotowaniu do tak ważnej misji?

O. DARIUSZ SOWA OFMCONV: – Nie wiem, czy do tego można się jakoś przygotować. Do tego się po prostu dojrzewa, jest to na pewno droga. Zostałem zaskoczony mianowaniem mnie na magistra nowicjatu. Miałem też pewien okres uczenia się, przyglądania mojemu poprzednikowi. W tej posłudze pomaga zwyczajna ludzka formacja, która u mnie toczy się przez lata, od początku seminarium – przygotowanie do kapłaństwa; dużo było takich momentów, w których razem ze współbraćmi musieliśmy zwyczajnie poznawać siebie samych, uczyć się siebie. Nie można być dobrym ojcem, jeśli się nie zna siebie. Nie da się być dobrym ojcem, jeśli się nie rozumie i w pełni nie przyjmuje ojcostwa lub braku ojcostwa, którego doświadczyliśmy od rodzonego ojca. Oczywiście, są też momenty, w których przygotowywałem się do tej posługi bezpośrednio przez kursy wychowawców, ale głównym formatorem, tym, który przygotowuje nas do ojcostwa, jest Bóg Ojciec. Z perspektywy duchowej nie można o tym zapomnieć.

– Jak pracować nad swoim powołaniem do ojcostwa, jeżeli nasz ziemski ojciec nie odegrał do końca swojej roli, nie dał wzorca, nie zbudował pozytywnego obrazu ziemskiego ojcostwa? Czy relacja z Bogiem Ojcem jest tutaj wystarczającą receptą?

– Na pewno tak. Choć oczywiście, świadomość tego, że mam jakiś brak, jest bardzo ważna. Ten brak sprawia, że możemy patrzeć na ojcostwo w nieco wypaczony sposób. W wypaczony sposób możemy też prowadzić innych, np. szukając siebie w relacjach. świadomość takiego braku obecności, miłości ziemskiego ojca jest natomiast po to, by jeszcze bardziej powierzyć się prowadzeniu Boga Ojca. Mnie kiedyś bardzo pomogło stwierdzenie, że brak ojca może nam wypełnić i chce nam wypełnić Bóg, jeżeli Mu się świadomie powierzymy.

– Powiedział Ojciec o szukaniu siebie w prowadzeniu innych. Myślę, że to może zagrażać nam, mężczyznom, bo lubimy być chwaleni, lubimy udzielać komuś na siłę rad. Czy takie pokusy towarzyszą Ojcu w posłudze?

– To są zawsze takie subtelne pokusy, w których mogę próbować okazać swoją przewagę, może nawet jakąś władzę pod przykrywką ostrzejszych decyzji. Receptą jest miłość. Kiedy moje decyzje wobec podopiecznych są umotywowane miłością i dobrem i mam to złożone w sercu – że tak ma być, że moje wymaganie, ostrzejsze zdanie, decyzja, upomnienie są motywowane miłością – wtedy nie mam się czego obawiać. To jest rozeznanie, którego każdy z nas musi dokonać w swoim sercu, bo jeżeli intencją jest choćby subtelne, ale jednak okazanie władzy, to jest już pewna forma przemocy, która nie jest budująca, ale niszcząca.

– Wnioskuję z tego, że aby prowadzić innych, trzeba samemu być jeszcze intensywniej prowadzonym. I tu przejdźmy do relacji synowskiej. Czy zgodzi się Ojciec z tym, że jeżeli chcemy formować drugiego człowieka, sami musimy być przez kogoś formowani?

– Każdy z nas powinien mieć jakiegoś przewodnika. W wymiarze chrześcijańskiego życia jest np. zachęta, żeby mieć kierownika duchowego. Rzeczywiście, bez takiego doświadczenia byłoby trudno. Chociaż faktem jest, że Pan Bóg daje różne momenty życia. Jest czas intensywnego prowadzenia, kiedy mamy kogoś, kto jest dla nas naprawdę mistrzem w wymiarze duchowym, z kim można rozmawiać właściwie o wszystkim, radzić się go, opierać na nim, szukać u niego pomocy, ale są też momenty, w których na jakiś czas jest się pozbawionym takiej „podpórki”. Pan Bóg może dać taki okres – i to jest wyraz Jego zaufania do nas. Mówi niejako: Miałeś doświadczenie prowadzenia. Teraz Ja chcę zaufać tobie, opieraj się przede wszystkim na Mnie, na relacji ze Mną, i próbuj dojrzewać.

– Pomyślałem sobie, że jeżeli brakuje nam nagle tej „podpórki”, to możemy docenić relację z Bogiem Ojcem, ale czy z drugiej strony nie jest to też okazja, by docenić rolę tego ziemskiego przewodnika?

– Na pewno jest to doświadczenie, w którym możemy docenić ludzi, których Pan Bóg nam daje. Łatwiej też wtedy wypracować w sobie umiejętność docenienia czy uświadomienia sobie, że Bóg daje mi kogoś na pewien czas, nie na całe życie. Jest to także kwestia ufności w to, że Bóg da nam w przyszłości innych przewodników, którzy będą nas prowadzić. Jak i kiedy? To zależy od Niego – i to jest dla nas, z perspektywy synowskiej, wejście w Boże prowadzenie.

– A przyjaźń, braterstwo. Na ile ważne jest dla mężczyzny, zwłaszcza takiego, który żyje w zakonie, by mieć oddanego przyjaciela, z którym dzieli się wszystkim? Czy w otoczeniu Ojca są takie przyjaźnie?

– W zakonie niejako z zasady jest to wspólnota braterska. Relacje między nami są różne. Zresztą Biblia mówi, że przyjaciół ma się niewielu, a jeżeli masz przyjaciela, to pozyskujesz go po próbie. Można powiedzieć, że najczęściej są to takie dobre relacje braterskie, ale oczywiście, zdarzają się też te głębsze, w których bardziej dzielimy się sobą, swoim życiem, swoimi zranieniami. Nieco inaczej jest natomiast w przestrzeni kadry, która prowadzi nowicjat. My musimy stanowić team, w którym panuje absolutna jedność. Można to porównać do roli rodziców, którzy nie mogą wzajemnie podważać swojego autorytetu i muszą mieć jedną linię wychowania. Dzięki temu, że jako kadra jesteśmy w jednym duchu, bardzo dobrze wiemy, co się dzieje u naszych wychowanków, i dobrze ze sobą współpracujemy. To jest też pokłosie dzielenia się wzajemnie tym, co się osobiście u nas dzieje. Dzięki temu łatwiej nam prowadzić nowicjuszy.

– Czy dla nowicjusza, który wchodzi w kapłańską posługę, lub też ogólnie dla mężczyzny, który wchodzi w dorosłość, taka głęboka relacja przyjacielska z innym mężczyzną jest niezbędna do właściwego rozwoju?

– Jeden z moich dużo starszych wiekiem braci powiedział kiedyś: pamiętaj, człowiek nie jest samotną wyspą, człowiek jest człowiekowi potrzebny. Jest to dla mnie pewna intuicja, chociaż trudno mi dać taką definitywną odpowiedź, że ktoś taki jest niezbędny do rozwoju. Gdy patrzę na swoje życie, odpowiadam: tak, ja potrzebuję kogoś takiego.

– Poszukajmy jakiegoś świętego, który w przestrzeni tych trzech relacji może nas inspirować. Czy przychodzi ktoś Ojcu na myśl?

– Kimś takim na pewno jest św. Maksymilian, który w niesamowity sposób realizował swoje ojcostwo. W ostatnim czasie zostały wydane pisma o. Mieczysława Marii Mirochny, który był swego rodzaju duchowym synem o. Maksymiliana i który razem z nim wyjechał na misje. W tych pismach widzimy ojcowskie serce świętego. Przywołane są np. sytuacje, kiedy o. Maksymilian był osądzany przez swoich wychowanków, że jest zbyt surowy i wymagający. Słysząc to, bardzo mocno walczył w sercu z chęcią odpowiedzenia tym samym i prosił Boga o łaskę przebaczenia braciom. On był jednocześnie wymagający i miał gołębie serce. To jest bardzo inspirujące.

2019-09-03 13:09

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ks. Pajurek: otwórzmy drzwi osobom ze schizofrenią

[ TEMATY ]

psychika

choroba

BOŻENA SZTAJNER

Lubelskie Charytatywne Stowarzyszenie Niesienia Pomocy Chorym „Misericordia” zostało tegorocznym laureatem nagrody Totus Tuus w kategorii „Promocja godności człowieka”, przyznawanej przez Fundację "Dzieło Nowego Tysiąclecia" w ramach Dnia Papieskiego. Jego inicjator i wieloletni prezes ks. prał. Tadeusz Pajurek w rozmowie z KAI opowiedział m.in. o inicjatywach stowarzyszenia, specyfice pracy wśród osób z zaburzeniami psychicznymi oraz planami na dalszy rozwój instytucji.

Ks. prał. Tadeusz Pajurek: - To było dziwne, bo świętej pamięci abp Pylak wezwał mnie i powiedział „Pójdziesz do Abramowic, bo tam niema kapelana, nie ma kogo wysłać”. Ja byłem kapelanem służby zdrowia. Pojechałem tam z lękiem. Zobaczyłem te oddziały, gdzie na sali mieszkało po kilkanaście osób, niektórzy byli tam od wielu lat, ponieważ nie było sytemu zakładów pomocniczych, nie było Narodowego Funduszu Zdrowia. Jak ktoś trafił do szpitala, to nie było gdzie go wypisać. Dom albo szpital. Jak nie kwalifikował się do samodzielnego funkcjonowania w domu, zostawał w szpitalu. Zobaczyłem, że trzeba stworzyć coś, co będzie przedłużeniem szpitala, co pomoże tym, którzy nie muszą jeszcze do niego iść, ale potrzebują terapii. Wtedy zobaczyłem jak bardzo jest potrzebna nie tylko modlitwa, Msza święta, ale też drugi człowiek, który będzie miał czas, warunki, żeby autentycznie pomagać.

KAI: Przez te lata stowarzyszenie zrealizowało wiele inicjatyw. Od czego się to zaczęło?

Pomyślałem, że poza opieką duszpasterską potrzeba takiego miejsca, gdzie można by było w ciszy spotkać się z tymi, którzy mogą wychodzić na teren parku, bo szpital to 1200 chorych i teren 18 hektarów. I zrodził się pomysł, żeby zbudować kaplicę szpitalną, ale nasi lekarze zgłosili w tym czasie potrzebę stworzenia ośrodka rehabilitacji dla osób z zaburzeniami psychicznymi, żeby oni mogli chodzić na terapię, na zajęcia, na kawę, żeby rozwijali swoje zdolności. Bo szpital ma pieniądze na leczenie, ale nie ma na terapię. I wtedy powstał pomysł, żeby razem z kaplicą wybudować ośrodek terapeutyczny. Środki udało się znaleźć w Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i dzięki temu powstał ośrodek, który został przekształcony na Środowiskowy Dom Samopomocy, gdzie 75 osób korzysta z terapii w ośmiu pracowniach, jest możliwość, aby podopieczni rozwijali talenty, realizowali swoje pasje i te osoby inaczej teraz funkcjonują. Następny etap to uczenie pracy, zdobywanie nowych zawodów, nowe miejsce w życiu społecznym. Dlatego powstał Warsztat Terapii Zajęciowej, gdzie kilkadziesiąt osób uczy się nowych sposobów na życie. A ostatnim etapem był Zakład Aktywności Zawodowej, gdzie funkcjonuje firma cateringowa i kawiarnia. Do tego trzeba było stworzyć hostel, aby oni mieli gdzie mieszkać. Często warunki w domu są bardzo trudne, osoba z zaburzeniami psychicznymi była bardzo dziwnie traktowana w społeczeństwie. Dlatego powstały hostel i mieszkania chronione. Mamy kilkanaście miejsc, gdzie te osoby mogą mieszkać. Są pokoje jedno i dwuosobowe. Powstała duża organizacja, która pomaga osobom z zaburzeniami psychicznymi przywrócić poczucie godności. Jest ona coraz wyraźniej widoczna w ich samopostrzeganiu. Wrócili do społeczeństwa, pracują. Nie mają lęku przed tym, żeby pracować jako kelnerzy, występować w teatrze. Mają szansę, żeby podejmować często pracę już poza naszym stowarzyszeniem.

Ilu podopiecznych ma obecnie stowarzyszenie?

To jest kilkaset osób. Takich, które codzienni przychodzą na terapię jest jakieś 100-200. Natomiast wiele osób przychodzi do nas do klubu i to jest bardzo dużo ludzi. Przyjeżdżają nawet z innych miejscowości, bo tu mają przyjaciół, dobrze się czują. Mogą porozmawiać z terapeutami, skorzystać z Internetu, którego często nie mają w domach, wypić kawę i zagrać w ulubione gry, być razem. A to jest bardzo ważne, żeby być razem.

Więc są tacy podopieczni, którzy już całkowicie się usamodzielnili?

Tak, co roku jest kilka takich osób, które odchodzą. Mamy z nimi kontakt, ale one już zaczynają nowe życie. Często mieszkają na stancji. Stać ich na to, bo mają pracę u nas albo na zewnątrz. Ale są czasem też tacy, którzy muszą trafić do szpitala. To są bardzo odosobnione przypadki, ale się zdarzają. Jednak wiedzą, że miejsce w hostelu i w pracy na nich czeka, że mogą wrócić i kontynuować terapię.

Jak na przestrzeni lat funkcjonowania stowarzyszenia zmieniło się społeczne postrzeganie osób z zaburzeniami psychicznymi?

W tym domu, który powstał u nas przy Abramowickiej, gdzie jest ośrodek, obok jest kościół rektoralny. Do tego kościoła co niedzielę przychodzi kilkaset osób. Na każdej Mszy świętej jest kilkoro naszych podopiecznych i oni czują się tam dobrze. Już nie mają lęku, że ktoś ich zauważy. Potrafią wystąpić, śpiewać w zespole, grać w teatrze. To spowodowało, że miejscowi ludzie nie mają już żadnego lęku przed tymi osobami, a oni czują się odważni. Myślę, że ten ośrodek i ta ich praca, zwłaszcza w firmie cateringowej, gdzie są i w urzędzie miasta, na KUL, na innych uczelniach, to powoduje, że oni są postrzegani jako normalna firma. Chociaż jeszcze zdarza się, że po pierwszej diagnozie tracą wszystkich przyjaciół. Dlatego ważne jest, żeby ktoś był z tą osobą, żeby po wyjściu ze szpitala zagospodarować jej czas, umożliwić powrót do studiów, nawiązanie nowych relacji. Społeczeństwo ma jeszcze pewien lęk. Kiedyś człowiek z zaburzeniami psychicznymi był postrzegany jako niebezpieczny, dziwny. Dlatego ludzie bali się kontaktu. Teraz to wszystko się zmienia, jest coraz lepiej, chociaż nieustannie musimy sobie uświadamiać, że są różne problemy. Otwórzmy drzwi osobom ze schizofrenią, bo jeśli są pod opieką lekarzy mogą wracać do społeczeństwa i w nim funkcjonować, podejmować pracę.

Na jakie zaburzenia cierpią podopieczni stowarzyszenia?

Najczęściej jest to schizofrenia, która jest leczona. U nas zawsze mamy lekarza, na stałe jest zatrudniona pielęgniarka, która czuwa. Zdarzają się też inne zaburzenia, ale zawsze to lekarze decydują, czy taka osoba jest gotowa, aby korzystać z terapii w naszym ośrodku.

Jakie plany na przyszłość ma stowarzyszenie?

Planujemy jeszcze ośrodek pomocy przy ul. Głuskiej, mieszkania chronione, których mieszkańcy będą mogli przebywać pod naszą opieką. Chcemy zrealizować centrum pomocy dla seniorów. Chcemy też z parafią Świętej Rodziny i Centrum Jana Pawła II, aby powstał taki dom gdzie osoby z niepełnosprawnością, nie tylko podopieczni stowarzyszenia, mogłyby w grupie korzystać z zajęć teatralnych, muzycznych biblioteki, Chcielibyśmy tam realizować idee Jana Pawła II. Chcemy, żeby powstało takie centrum, gdzie ludzie już nie przy szpitalu, mogliby wszyscy razem mieć spotkania. Bo najgorsze jest stygmatyzowanie. A wtedy nikt by nie wiedział kto skąd przychodzi, jaką ma chorobę, a wszyscy będziemy tworzyć społeczność, rodzinę. O tym marzymy.

Rozmawiała Olga Cieniuch


Stowarzyszenie „Misericordia” powstało w 1991 r. Jego prezesem i założycielem jest ks. Tadeusz Pajurek, obecnie proboszcz parafii Świętej Rodziny w Lublinie. Głównym zadaniem organizacji jest pomoc osobom z zaburzeniami psychicznymi, którą można uzyskać w kilku placówkach prowadzonych przez Stowarzyszenie.
Działalność Stowarzyszenia można wesprzeć poprzez przekazanie 1% podatku, jak również dokonując wpłat na konto:
Charytatywne Stowarzyszenie Niesienia Pomocy Chorym „Misericordia” ul. Abramowicka 2 20-442 Lublin, NIP: 712–015–74–75 konto: Bank PEKAO S.A. II O/Lublin 45124024961111001013307506

CZYTAJ DALEJ

Niestrudzony pasterz narodu

2020-05-28 04:40

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

Prymas Tysiąclecia

39. rocznica śmierci

reprodukcja Łukasz Krzysztofka

Modlitwa przy trumnie kard. Stefana Wyszyńskiego. W prawym górnym rogu, przy sztandarze "Solidarności" bł. ks. Jerzy Popiełuszko.

"Wszystkie nadzieje to Matka Najświętsza, i jeżeli jaki program, to Ona". Te słowa swojego testamentu maryjnego wypowiedział na łożu śmierci kard. Stefan Wyszyński. 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego odszedł do Domu Ojca.

W tym czasie w rezydencji Arcybiskupów Warszawskich trwała nieustanna modlitwa najbliższych współpracowników umierającego Prymasa. Lekarze cały czas czuwali. Nad ranem pogłębiły się zaburzenia pracy serca. Podawane leki nie przynosiły poprawy. Oddech stawał się coraz słabszy. Czuwający całą noc kardiolog stwierdził nadchodzącą agonię. Przy łożu zebrali się lekarze i domownicy. Ks. Bronisław Piasecki, kapelan Prymasa, prowadził modlitwy za konających. Kard. Wyszyński trzymał w dłoni zapaloną gromnicę, znak zmartwychwstania i życia. Leżał na prawym boku z przechyloną głową.

O godz. 4.40 nastąpiło zatrzymanie oddechu. Ustała praca serca. Lekarze stwierdzili zgon. Zebrani wokół odmawiali różaniec – tajemnice dźwigania krzyża, śmierci, zmartwychwstania i wniebowstąpienia. „Tej ostatniej chwili – jak zanotował ks. Piasecki – towarzyszy cisza i spokój. Jest to śmierć niezwykle spokojna, bez dostrzegalnych oznak konania”.

W kaplicy Domu Arcybiskupów ks. prał. Jerzy Dąbrowski celebrował o godz. 5.00 pierwszą Mszę św. żałobną za zmarłego Prymasa. Po niej ciało Kardynała zostało ubrane w purpurową sutannę, szaty liturgiczne, fioletowy ornat. Na piersi krzyż biskupi z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej, na palcu pierścień, dłonie oplecione różańcem, z którym za życia nigdy się nie rozstawał. W momencie przenoszenia ciała do trumny ubierający dostrzegli na twarzy Prymasa pojawiający się uśmiech.

Zgodnie z wolą kard. Wyszyńskiego, jego trumna została zamknięta i przeniesiona do sali audiencjonalnej na parterze domu arcybiskupiego. Obok trumny postawiono obraz Matki Bożej Częstochowskiej, która towarzyszyła mu każdego dnia.

Wydano komunikat lekarski o śmierci Prymasa. Gdy wiadomość podały rozgłośnie radiowe, do Domu Arcybiskupów zaczęły przychodzić tysiące mieszkańców stolicy, aby oddać hołd swojemu biskupowi.

Telegram na ręce kard. Franciszka Macharskiego przesłał z polikliniki Gemelli w Rzymie Ojciec św. Jan Paweł II. „Na wiadomość o śmierci umiłowanego brata w biskupstwie, wielkiego syna Kościoła i naszego narodu, księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego, arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego i warszawskiego, Prymasa Polski, łączę się w bólu i modlitwie z całym Kościołem w Ojczyźnie i wszystkimi moimi rodakami. Przeżywając tajemnicę Wniebowstąpienia Pańskiego, proszę Najlepszego Ojca o wieczną nagrodę dla niestrudzonego pasterza i nieustraszonego świadka Ewangelii Chrystusowej. Ufam, że Pani Jasnogórska, Matka Kościoła, której tak bezgranicznie zawierzył, okaże Mu swojego Syna. Wsparty nadzieją chwalebnego zmartwychwstania, krzepię zbolałe serca wszystkich drogich braci i sióstr moim apostolskim błogosławieństwem” – napisał ranny po zamachu Jan Paweł II.

Wieczorem do Domu Arcybiskupów Warszawskich przybył kard. Franciszek Macharski, który przewodniczył obrzędom pogrzebowym przy trumnie zmarłego. Wśród gości był też m.in. brat Roger z ekumenicznej wspólnoty w Taize. Z ul. Miodowej kondukt pogrzebowy wyruszył do kościoła seminaryjnego przy Krakowskim Przedmieściu.

Rozpoczęła się wielka, narodowa żałoba. Już pierwszego dnia wpłynęło ponad 1600 listów kondolencyjnych z całego świata. Osób chcących pożegnać się z Prymasem były już nie tysiące, ale dziesiątki tysięcy. Do kościoła seminaryjnego ustawiały się długie kolejki. A pogrzeb, który odbył się 31 maja na ówczesnym pl. Zwycięstwa stał się wielką manifestacją religijno-patriotyczną. Zgromadził ok. pół miliona osób, które przybyły, aby oddać cześć swojemu Prymasowi i niekoronowanemu królowi Polski.

CZYTAJ DALEJ

Telepraca, zyski i zagrożenia

2020-05-28 10:42

[ TEMATY ]

epidemia

koronawirus

praca zdalna

telepraca

źródło: vaticannews.va

Dzięki zagrożeniu epidemią koronawirusa świat odkrył możliwość telepracy. Wiele przedsiębiorstw rozważa możliwość kontynuowania takiego rozwiązania również po ustaniu obostrzeń wynikających z epidemii. Pracodawcy szacują możliwe oszczędności wynikające z redukcji przestrzeni biurowej, pracownicy zaś zyskują większą autonomię, a przede wszystkim oszczędzają na podróży do pracy.

Związki zawodowe zwracają jednak uwagę na potrzebę nowych regulacji. Wskazują też na potencjalne zagrożenia. Mówi Joseph Thouvenel, wiceprzewodniczący chrześcijańskich związków zawodowych we Francji (Confédération française des travailleurs chrétiens).

Telepraca może izolować, trzeba dbać o zachowanie relacji

„Trzeba uważać, by nie zniszczyć międzyludzkich relacji. Maszyna nie zastąpi człowieka. Telepraca to narzędzie. Jeśli będziemy z niego źle korzystać, okaże się niszczące. Jeśli nauczymy się z tego korzystać, może być pożyteczne dla ludzkiej społeczności. Telepraca nie może jednak zniweczyć potencjału spotkania, dzielenia się własnymi doświadczeniami dzięki bezpośredniemu kontaktowi. Innym zagrożeniem jest zanik rozdziału między sferą prywatną i zawodową. Nad tym trzeba się zastanowić i to trzeba uregulować, w zależności od firmy, rodzaju działalności – powiedział Radiu Watykańskiemu Joseph Thouvenel. - Trzeba więc umożliwiać telepracę, zachowując jednak możliwość periodycznej obecności w pracy, by uniknąć izolacji. W takiej izolacji można pracować przez kilka tygodni, ale na dłuższą metę jej konsekwencje mogą być wyniszczające. Telepracę niekoniecznie trzeba też wykonywać we własnym domu, ale w obiektach coworkingowych w pobliżu własnego domu. Umożliwiałoby to tworzenie wspólnoty pracowników, nawet jeśli nie są związani z tą samą firmą. Pytań jest zatem wiele, ale najważniejsze jest zachowanie międzyludzkich więzi w organizacji pracy.“

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję