Reklama

Jak naprawdę poznać Fatimę?

2019-05-14 11:40

Wincenty Łaszewski

Graziako

Fatimski ocean jest większy, niż naczynia które mamy do dyspozycji. Tylko ten, kto jest świadom, iż Fatima jest w swej istocie Boskim misterium – a więc czymś ze swej natury niepoznawalnym – staje przed szansą zrozumienia przekazanego tam orędzia.

Kiedy się pochylamy nad misterium Fatimy, znajdujemy się w sytuacji podobnej do tej, która stała się udziałem św. Augustyna († 430), jednego z wielkich ojców Kościoła, czyli kogoś, kto żyjąc w pierwszych wiekach, w znaczącym stopniu przyczynił się do rozwoju prawowiernej nauki chrześcijańskiej. Przypomnijmy sobie jego sen, w którym znalazł się on na brzegu morza, gdzie zobaczył dziecko próbujące przelać cały ocean do małego wiaderka. Uczony biskup, zdziwiony widokiem, zapytał chłopca, co robi. „Przelewam ocean do wiaderka” – odparł malec. „Ale to niemożliwe! – wykrzyknął wówczas Augustyn. – Ocean jest taki ogromny, a twoje wiaderko takie małe!”.

Znamy zakończenie tej rozmowy. Bo oto dziecko zamieniło się w Jezusa, który zwrócił się do świętego hierarchy: „A ty chcesz ogarnąć swym rozumem tajemnicę Trójcy Przenajświętszej?”.

Św. Augustyn miał rację

Z tajemnicą Fatimy jest podobnie. Jej prawda jest rozległa i głęboka jak ocean, w końcu Fatima to orędzie niepojętego Boga. Jako prawda Boża – orędzie „jak Ewangelia” – w tym życiu nigdy nie będzie dla nas w pełni dostępna. Gdy więc ktoś mówi, że pragnie zrozumieć orędzie z Fatimy, poznać je takim, jakie jest, my – jak Augustyn – mówimy mu: „To niemożliwe!”. Przecież fatimski ocean jest większy niż naczynia, które mamy do dyspozycji.

Reklama

Nie mamy szans. Augustyn widział morze wody i mówił: „Niemożliwe”. W Fatimie mamy morze światła... i tak samo mówimy: „Niemożliwe. Nie jesteśmy w stanie poznać całej tajemnicy Fatimy”.

Augustyn miał rację. Podobnie jak my ją mamy. Powinniśmy w tym miejscu dodać, że tylko ten, kto jest świadom, iż Fatima jest w swej istocie Boskim misterium – a więc czymś ze swej natury niepoznawalnym – staje przed szansą zrozumienia przekazanego tam orędzia. Nie jest ono jak płytki tekst z gazety. To nie zbiór ciekawostek i sensacji. To nie budząca zaciekawienie i lęk opowieść o wojnach, prześladowaniach, głodzie czy śmierci niewinnych. Nawet jeśli słyszymy w Fatimie o takich rzeczach, jest to zaledwie piana na grzbietach fal – nie cały ocean.

Jak Maryja nas chroni?

Czego więc należy szukać w przekazanym orędziu? Z pewnością nie tego, co nazywamy „warunkowymi faktami”. Podkreślmy przymiotnik „warunkowy”, bo w ostrzeżeniach i pocieszeniach fatimskich wszystko jest warunkowe – może się to stać, ale wcale nie musi; to, co złe, dzięki naszemu zaangażowaniu stać się nie powinno, a to, co dobre – znów przy naszym aktywnym udziale – ma się stać faktem. Jak rozumieć ten element orędzia? To proste. Umieszczony na transformatorze napis: „Nie dotykać. Grozi śmiercią!” nie oznacza, że dotkniemy i zginiemy. Ten znak ostrzega, a zatem chroni przed niebezpieczeństwem. Podobnie jest w Fatimie: jej znaki ostrzegają, czyli chronią nas przed wojną, prześladowaniem, unicestwieniem całych narodów, a nade wszystko przed piekłem. Z drugiej zaś strony są drogowskazami zapewniającymi ludzkości bezpieczną wędrówkę przez krajobrazy czasu. Oznakowanie szlaku jest jak wołanie: „Idź tędy. To bezpieczna droga!”. Ale nie jest to ani fizyczny, ani moralny przymus. To propozycja, którą przyjmie każdy człowiek obdarzony iskrą mądrości.

Warunkowość kieruje naszą uwagę na coś głębszego – na Boże plany, recepty i rozwiązania, które powinniśmy wprowadzić w życie.

Fatima niesie wezwanie. To my mamy je podjąć, by świat zalało morze łaski, topiąc zło i grzech, by łaska wystąpiła z brzegów, tak jak od dwóch tysięcy lat przelewa się przez Niepokalane Serce Maryi. Mamy wkroczyć w obłok Bożej opatrzności, która ma się stać dla nas powietrzem. To nim będziemy oddychać jako nowi ludzie. Wówczas każdy z nas zrozumie sens słów św. Pawła: „W Nim bowiem żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). To zaś oznacza, że Fatima zwiastuje nadejście duchowej rewolucji. Rewolucji Maryi. Pierwszy krok, który do niej prowadzi, to przyjęcie tajemniczego, zawsze niepojętego dla nas wezwania Bożego, które Maryja przekazała w Fatimie w 1917 roku.

Czy jesteśmy gotowi?

Na zwykłym poziomie naszego ludzkiego myślenia nie jesteśmy w stanie przeniknąć treści tego niebieskiego orędzia. Zawsze pozostaniemy na poziomie zmysłów, które są ciekawe, przerażone, żądne krwi, tęskniące za wielkim zwycięstwem, marzące o nadprzyrodzonych cudach i objawieniach, o manifestacjach aniołów i świętych. Niezmiennie będziemy ograniczeni naszym rozumem, który pojmuje tylko to, co może nazwać, co może sobie wyobrazić, uporządkować, oznaczyć.

W wypadku Boga nasze poznanie kończy się po pierwszych kilku krokach poczynionych w stronę tajemnicy. Nagle staje się ona nieprzenikniona. Wchodzimy w gęsty obłok. Tam pozostaje nam już tylko wiara. Karmi ją nadzieja na spotkanie Pana i miłość, która jest niewypowiedzianą tęsknotą za byciem z Nim jedno.

To wielka przygoda, jednak pytanie o to, czy jesteśmy na nią gotowi, pozostaje wciąż otwarte.

Dlaczego przywołaliśmy sen św. Augustyna, biskupa Hippony? Bo odkrywamy w nim rozwiązanie naszej poznawczej zagadki. Za chwilę się okaże, że jest ono dla nas czymś oczywistym. Chodzi o odwrócenie naszego zwykłego, przyziemnego myślenia. Z innego miejsca niż nasze, ziemskie – z nieba – słyszymy przecież o błogosławieństwie ubóstwa, o wielkości uniżenia, o szczęściu ukrytym w cierpieniu. Słyszymy o rewolucji, podczas której Bóg „rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głod- nych syci dobrami, a bogaczy odprawia z niczym” (Łk 1, 51–53). Słyszymy wyśpiewywaną w sercu Maryi, w „Jej sercu pieśń uwielbienia, która jest autentyczną i głęboko «teologiczną» interpretacją dziejów: interpretacją, której musimy ciągle uczyć się od Tej, której wiara nie ma żadnego cienia czy skazy” – przekonuje Benedykt XVI. Zaraz też dodaje: „Wiara pozwoliła Jej zobaczyć, że wszystkie trony władców tego świata są tymczasowe, a tron Boga jest jedyną trwałą skałą, która się nie zachwieje ani nie upadnie. Jej Magnificat, jeśli nań popatrzeć z perspektywy wieków i tysiącleci, pozostaje najprawdziwszą i najgłębszą interpretacją dziejów, podczas gdy słowom tak wielu mędrców tego świata na przestrzeni wieków zaprzeczyły fakty”.

Rewolucja Maryi

Cytowane zdarzenia są zapowiadane w przededniu narodzenia Zbawiciela, bo to właśnie On rozpocznie prawdziwą Rewolucję. Istotne jest dla nas również to, że te słowa wypowiada właśnie Maryja. Matka Najświętsza zapowiada przewrót, który zmieni świat.

Jak to się stanie? Czy nie widzimy, że wszystko, co jest proroczą wizją Ewangelii, dzieje się na opak myśleniu tego świata? U Boga wszystko wygląda inaczej. Mamy więc zacząć myśleć na sposób Boży – choć nie jest to łatwe. To jak założyć garnitur na spotkanie, na które wszyscy wciągnęli na siebie krzykliwe T-shirty. Będziemy inni, nieakceptowani, wytykani palcem. Mimo to mamy odwrócić nasze myślenie. Może rzeczywiście jesteśmy na progu niezwykłego odkrycia?

A gdyby tak spróbować spojrzeć na Fatimę z innej perspektywy? Wiemy z całkowitą pewnością, że orędzie z 1917 roku da się poznać – ale inaczej, niż próbują to zrobić mieszkańcy „miasta świata” (ten sam Augustyn uczył o dwóch miastach, które z sobą walczą: jest „miasto świata” i jest „miasto Boże”). Fatima zawiera zakodowaną prawdę Bożą, która opowiada o nas samych, i daje do ręki narzędzia, by przenicować świat. Pozostaje tylko pytanie, jak ją poznać.

Wiemy, że w odpowiedzi jest mowa o rewolucji... Rewolucji Maryi. Rewolucji dokonanej przez Jej Niepokalane Serce. A raczej przez Nią samą i tych, którzy pod Jej sztandarem rzucą się do boju. To będzie Rewolucja Maryi i rewolucja ludzi jak Ona całkowicie należących do Boga. Prawdziwa rewolucja – uchylmy rąbka tajemnicy Fatimy – naszych serc. Serc zjednoczonych w Niepokalanym Sercu Maryi. Serc, które łączy jedno hasło: „jak Ona”.

Tekst jest fragmentem nowej książki Wincentego Łaszewskiego „Rewolucja Maryi”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Esprit.

Tagi:
książka

Krawiec szat Bożych

2019-11-05 09:32

Fragment książki: Boży Szaleńcy. Niezwykłe losy polskich mistyków

Jan Tyranowski, 1901–1947

pl.wikipedia.org
Jan Tyranowski, 1901–1947

Nie można zacząć inaczej, jak od poniższego cytatu. Jest krótki, ale mówi wszystko, choć nie podaje nic z tego, co wypełnia biogramy ludzi wielkich i małych. Żadnych dat, żadnych wydarzeń. Ot… spotkanie i wejście w głąb. „Spotkałem człowieka świeckiego, Jana Tyranowskiego, który był prawdziwym mistykiem. Człowiek ten, którego uważam osobiście za świętego, wprowadził mnie na trop wielkiej mistyki hiszpańskiej, a zwłaszcza św. Jana od Krzyża…” To słowa Jana Pawła II, który u Tyranowskiego – krawca z zawodu – był czeladnikiem w rzemiośle ducha. Bo ów człowiek był przekonany, że życie duchowe jest jak profesja, którą trzeba doskonale opanować. A gdy zda się egzamin mistrzowski, wtedy Bóg może (choć nie musi) zrobić z człowieka artystę. Czyli mistyka. Uczynił tak i z Tyranowskim, i z Wojtyłą.

Materiał prasowy

Fragment książki „Boży szaleńcy” Zobacz

Jan Leopold Tyranowski to dziś Sługa Boży. Pojawia się na świecie w 1901 roku, w Krakowie, w tym samym miejscu odejdzie do Ojca w roku 1947. Z wykształcenia jest urzędnikiem, ale krótko wykonuje pracę zgodną ze zdobytymi kwalifikacjami. To pierwszy sygnał „inności” tego człowieka. Tyranowski dokonuje radykalnego zwrotu: decyduje się na zawód wykonywany w domu, bez przełożonych, bez ustalonych godzin pracy. Chce mieć czas dla siebie, czyli… dla Boga. Ponieważ po ojcu odziedziczył pracownię krawiecką, logicznie wybiera zawód mistrza krawieckiego, bo dzięki niemu może połączyć pracę zarobkową (a utrzymuje nie tylko siebie, ale też rodziców i brata) z czasem na modlitwę i rozmyślania. To przełoży się za chwilę na jego zaangażowanie w życie parafii. Bo rozumie, że Chrystus nie jest sam, że gdzie On, tam też Kościół. Zaczyna działać w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży Męskiej, zakłada róże różańcowe, należy nawet do chóru parafialnego. Niebawem okaże się niezwykłym kierownikiem duchowym młodzieży.

Wielki zwrot, nie tylko zawodowy, ale nade wszystko duchowy, którego pierwsze skutki znamy, ma swój początek już w dojrzałym życiu Jana. Jest rok 1935, kiedy Tyranowski słucha zwyczajnego niedzielnego kazania. Nie przemawia żaden święty, nie mówi żaden wielki teolog, nie przemawia wybitny mówca. A jednak podczas tego kazania coś go uderza… Bije w niego z taką potęgą, że Jan Tyranowski chwiejąc się pod naporem łaski, postanawia: „Będę świętym!”. „Zwykłe kazanie otworzyło w sercu dojrzałego mężczyzny jakąś nową życiową przestrzeń” – wspominają znajomi. Niebawem będzie mógł modlić się słowami ułożonego przez siebie ofiarowania:

Ojcze najukochańszy, ofiaruję Ci siebie samego, gdyż Cię miłuję. Ofiaruję Ci duszę moją z jej władzami, serce moje z jego uczuciami, wszystkie myśli, słowa, uczynki i prace, boleści, kłopoty i cierpienia, moje pragnienia i wszystko, co posiadam, łącząc to wszystko z zasługami Pana naszego Jezusa Chrystusa. Boże serca mego i Boże na wieki, kocham Cię i uwielbiam, Jezu Chryste, Panie mój i Mistrzu. Bóg mój i wszystko…

Rzeczywiście, Bóg jest dla niego wszystkim. Nie oznacza to jednak, że zamyka się w kontemplacji, że ucieka od świata. Żyje w nim i cieszy się tym, co w nim dobre i piękne. Jest człowiekiem wesołym i bardzo łagodnym. Cechuje go też nieśmiałość. Ta ostatnia cecha nie przeszkadza mu jednak w wychodzeniu ku ludziom, gdy celem jest przyciąganie ich do Boga i czynienie świata jeszcze lepszym i piękniejszym. Złożył ślub czystości i nigdy nie założy rodziny, ma więc dla swoich podopiecznych czas. Nie prawi im morałów ani nie uprawia wysokiej teologii, lecz uparcie i ze szczerością zachęca do pogłębionej pracy nad sobą – do doskonalenia cnót, które każdy z nich ma, i tępienia wad, których każdy ma więcej niż „Boża ustawa przewiduje”. Z ludźmi, których formuje, spotyka się grupowo raz w tygodniu, często też z każdym z osobna – na spacerze czy w domu. Uważa, że w człowieku tkwi głęboka religijność, której trzeba pozwolić się ujawnić. To jego wersja sentencji Tertuliana, chrześcijańskiego pisarza zmarłego w III wieku: Anima naturaliter christiana („Dusza z natury jest chrześcijańska”). Buduje na naturze swoich wychowanków i wymaga od nich rzeczy prostych, wręcz podstawowych dla rozwoju duchowego: codziennego rachunku sumienia, znajomości doktryny katechizmu, wierności modlitwie i wybranym praktykom służącym kształtowaniu charakteru.

Tyranowski – czytamy we wspomnieniach – ma coś takiego w swojej powierzchowności ogromnie ujmującego, pokornego, że tym brał sobie ludzi. Czuło się na odległość, że ma się do czynienia z niezwykłym człowiekiem, o ogromnej głębi duchowej, człowiekiem, który jeszcze chodzi nogami tutaj po ziemi, ale dusza, serce i cała reszta jest gdzie indziej.

Nie jest mistrzem słowa, w dodatku jego rozmowy są katechizmowe, poprawne, nieco staroświeckie. Nieatrakcyjne są słowa, ale osoba jest atrakcyjna. Wielu sprawdza, czy ten dziwny krawiec stosuje się do własnych wskazówek ascetycznych… Jednak im dłużej mu się przyglądają, tym bardziej wydaje im się świętym. Wiedzą, że ma jakiś tajemniczy kontakt z niebem…

Sam Tyranowski nie stroni od codziennych umartwień i trudnych lektur, które podsuwają mu spowiednicy. Czyta św. Jana od Krzyża i św. Teresę Wielką. Jest w pracy nad sobą systematyczny – aż do znudzenia. To jego warsztat. Robi dokładny plan dnia, ofiarowuje każdą czynność Bogu, codziennie uczestniczy we mszy świętej i przyjmuje komunię świętą.

Przychodzi czas okupacji niemieckiej… Ale Tyranowski nie przerywa swoich spotkań z młodzieżą. Prędzej czy później musiało się to stać: jedno z nich zostaje wykryte przez Gestapo… Niemcy nie aresztują jednak nikogo, kiedy bowiem Tyranowski wstaje i zaczyna do nich mówić, uznają właściciela lokalu za osobę niespełna rozumu, za nieszkodliwego religijnego fanatyka. Takie działanie słowa powtórzy się w historii Anatola Kaszczuka – tym razem podczas rozmowy z okupantem sowieckim.

Jego spowiednik – ks. Aleksander Drozd – tak wspomina:

Podziwiałem bogactwo tej duszy. Lękałem się o jej skarby duchowe, usiłowałem je ukryć i zabezpieczyć przez pogłębienie w niej cnoty pokory. Miałem niemały szkopuł z prowadzeniem takiego „alpinisty” duchowego, bo on się wspinał na takie ścieżki i szczyty, których moja noga nie tknęła.

Ta bliskość Boga i codzienna lektura zamienia go w wybitnego teologa, tak że nawet księża proszą go o pomoc w wyjaśnianiu problemów doktrynalnych.

Z jego „szkoły” wyszło trzynastu kapłanów, wśród nich przyszły papież Karol Wojtyła, który był jednym z jego najgorliwszych uczniów. Ks. Szafarski pisze:

Mam odwagę twierdzić, że nie byłby Karol Wojtyła tym, kim jest, mężem Bożym, gdyby podstaw pracy wewnętrznej nie otrzymał w szkole Tyranowskiego.

Ostatni okres życia Jana Tyranowskiego to czas cierpienia, o które nie prosi, jak czyniło to wielu mistyków, ale które przyjmuje jako dar od Boga: z pokorą i radością.

Rozumie, że ma się w ten sposób jeszcze bardziej uświęcić. Najpierw jego niedoleczoną rękę atakuje gangrena, potem przychodzi gruźlica. Rękę trzeba amputować… Tyranowski nie opuszcza szpitala…

Szczególnym momentem choroby okazuje się dzień 1 listopada 1946 roku. Tego dnia jego wychowanek Karol Wojtyła przyjmuje święcenia kapłańskie i w krypcie św. Leonarda na Wawelu odprawia mszę świętą prymicyjną. Jan Tyranowski może być tylko przy nim duchowo, pozostaje w szpitalu. W tym czasie cierpi szczególnie. Potem zwierza się, że przez te cierpienia pragnął wyprosić Wojtyle świętość życia i czystość serca.

Umiera 15 marca 1947 roku. Nim wyda ostatnie tchnienie, z miłością całuje krzyżyk podsunięty do ust. Gdyby nie garść wspomnień jego duchowych uczniów, nikt nie wiedziałby, jaka to niezwykła postać mieszkała kiedyś przy ul. Różanej w Krakowie. Nikt poza świętymi w niebie.

***

Sługo Boży Janie Tyranowski! Jak pomogłeś Karolowi Wojtyle wejść na drogę świętości, tak i mnie poprowadź ku Bogu. Wyproś mi u Maryi dar umiłowania Jej różańca i zrozumienia, czym jest oddanie Jej całego siebie i wszystkiego, co posiadam. Wybłagaj łaskę pracy nad sobą, walczenia z wadami i słabościami. Daj, bym zawsze pamiętał, że życie wewnętrzne jest najpiękniejszym skarbem!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Biskupi na 11 listopada: "kocham Polskę" sprawdza się w prostej codzienności

2019-11-11 18:45

tk, md, bgk, ar, dab, tm, km, xps, BPKEP, oprac. lk / Warszawa (KAI)

Łatwo mówić „kocham Polskę”, ale sprawdza się to dopiero w miłości do człowieka i prostej codzienności w małej ojczyźnie. Nie żądajmy od innych, tym bardziej od polityków, aby się odmienili, zacznijmy od siebie. Miłość do Ojczyzny winna być przekazywana młodemu pokoleniu w domach i szkole - wskazywali 11 listopada, w Narodowe Święto Niepodległości, arcybiskupi i biskupi podczas tradycyjnych Mszy św. w intencji Ojczyzny.

pixabay.com

Nie rzucać kamieniami

W Mszy św. w intencji Ojczyzny, sprawowanej w poniedziałek rano w Świątyni Opatrzności Bożej uczestniczyli przedstawiciele najwyższych władz państwowych z prezydentem Andrzejem Dudą na czele. Obecni też byli marszałkowie Sejmu i Senatu minionej kadencji, parlamentarzyści, członkowie rządu z premierem Mateuszem Morawieckim oraz licznie przybyli mieszkańcy Warszawy.

W homilii biskup polowy Józef Guzdek wskazał, że do odzyskania przez Polskę niepodległości doprowadziło wiele przyczyn, ale jedną z najważniejszych było wzajemne zaufanie. „Polacy z trzech zaborów, o różnych przekonaniach politycznych, wierzący i niewierzący, katolicy, prawosławni i ewangelicy oraz wyznawcy innych religii wznieśli się ponad wszelkie podziały” – przypomniał duchowny.

Podkreślił, że ilekroć istniały w narodzie zgoda, współpraca i wzajemne zaufanie oraz poszanowanie godności i podstawowych praw, Polska rozwijała się i umacniała swoją pozycję międzynarodową, a Polakom żyło się dostatniej. Wskazywał, że w życiu naszego narodu bardzo potrzeba zgody i wzajemnego zaufania. „Nie wolno bagatelizować win, ale też należy odrzucić ducha zemsty. Pamięć – tak, ale nigdy pamiętliwość” – wskazywał hierarcha.

Jak zaznaczył, "nie istnieje żadna święta wojna, i nie jest nią nawet wojna z terroryzmem, bowiem tylko pokój jest święty". - „Oby w naszej Ojczyźnie już bezpowrotnie zaprzestano rzucać kamieniami w tych, którzy mają inne pomysły na zagospodarowanie przestrzeni wolności. Potrzebne są dialog, bliskość i zaufanie – zaapelował biskup polowy.

Przypomniał też, że misją Kościoła jest budowanie mostów porozumienia i wzajemnego zaufania. „Zatem widząc zdradę Ewangelii, brak zaufania i poszanowania drugiego człowieka, Kościół ma prawo powtarzać do córek i synów katolickiej wspólnoty skargę Jezusa: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie” (Mt 15,8).

Podczas Eucharystii prezydent Andrzej Duda zapalił Świecę Niepodległości ofiarowaną Warszawie przez Piusa IX w 1867 r. z życzeniem, by zapalono ją dopiero wówczas, gdy Polska będzie już wolna.

- Ta świeca będzie przypominać to, co wydarzyło się w 1918, ale też ma uświadamiać Polakom, że wolność została wywalczona, ale została Polakom przez Pana Boga dana i zadana – powiedział na początku Mszy św. kard. Nycz, dodając: „Jesteśmy pokoleniem troski o niepodległość”.

Jak korzystamy z wolności?

Prymas Polski abp Wojciech Polak, cytując słowa Prymasa Tysiąclecia, nawoływał, aby nie oglądać się na innych, choćby na polityków, żądając od nich, aby się odmienili. Trzeba – powtórzył za kard. Wyszyńskim – aby każdy zaczął od siebie.

„Zacznijmy od siebie! Zapytajmy dziś siebie o to, w jaki sposób my czynimy użytek z tego, że jesteśmy ludźmi wolnymi? Zapytajmy o nasze konkretne zaangażowanie na rzecz wspólnego dobra” – mówił Prymas, wskazując na znaczenie osobistej odpowiedzialności i zarazem konieczność współpracy, która jest nieodzowna do „budowania społeczeństwa prawdziwie ludzkiego”, i która domaga się dojrzałych relacji międzyludzkich, do których – jak powtórzył za czytaną Ewangelią – należy także zdolność upominania i przebaczania.

„Chodzi o to, abyśmy zmagali się o coś, a nie zmagali z kimś. Gdy bowiem zmaganie o coś zostaje zdominowane przez zmaganie z kimś, wówczas – cytował społeczny list biskupów polskich z marca tego roku metropolita gnieźnieński – ginie roztropna troska o dobro wspólne, a w jej miejsce wkrada się ślepo prowadzona walka o władzę”.

Świadectwo miłości do Ojczyzny

Z okazji 101. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości przewodniczący Episkopatu Polski przypomniał, że jest to dla Polaków wielkie święto. - Potrzeba, abyśmy dawali świadectwo miłości do naszej Ojczyzny, czyli miłości do wszystkiego, co Polskę stanowi - zaznaczył abp Stanisław Gądecki.

Przewodniczący Episkopatu podkreślił jednocześnie, że nie możemy zapomnieć o naszych przodkach, którzy po odzyskaniu niepodległości dzięki bardzo ciężkiej pracy i ofiarności, odbudowali naszą państwowość oraz krzewili oświatę oraz kulturę. Powiedział: „Dziś szczególnie pamiętajmy o nich w naszej modlitwie”.

Abp Gądecki przypomniał również o ważnej roli duchowieństwa, które pracowało wówczas zarówno nad świętością naszego narodu, jak również nad jego rozwojem gospodarczym i kulturalnym, a gdy trzeba było broniło niepodległości Polski.

Tylko wiara gwarancją wolności

- Tylko wiara w Boga jest gwarancją bycia człowiekiem wolnym - mówił w katedrze na Wawelu metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. - Tyle pokoleń Polaków powtarzało za apostołami w czasach niewoli: „Panie, przymnóż nam wiary”, a wraz z tym błaganiem łączyło się drugie: „Panie, przymnóż nam wiary w Polskę, daj nam poczucie siły i Polskę daj nam żywą”, jak mówił Konrad z "Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego.

"Konieczne były te błagania, bo były umysły Polaków, które dały się zniewolić, których duch był duchem zniewolenia, poddaństwa i marazmu. Jakże była potrzebna modlitwa, która by sprawiła, że nie warchołowie będą nadawali ton polskiemu duchowi, ale ci, którzy wierzyli w Polskę – stwierdził kaznodzieja.

Abp Jędraszewski wezwał do dziękczynienia za „wszystkich znanych, a głównie zupełnie nieznanych z imienia i nazwiska rodaków, którzy wierząc w zmartwychwstanie Chrystusa, wierzyli także w zmartwychwstanie Polski, oddawali swoje życie, rzucając je na stos”. – To nasze dzisiejsze dziękczynienie za ich wiarę w Boga i w Polskę, za ich patriotyzm i poświęcenie, za to, że ich wiara pozwala nam dzisiaj radośnie śpiewać: „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie” – podsumował hierarcha.

Ojczyzna - dar Bożej Opatrzności

Abp Sławoj Leszek Głódź zauważył, że 11 listopada serca Polaków „mocniej niż każdego dnia biją rytmem spraw Ojczyzny”. - To także dzień naszej modlitewnej wdzięczności ku Bogu skierowanej. Jesteśmy bowiem świadomi, że naród chrześcijański, a takim jesteśmy, jest osadzony na fundamencie planów Opatrzności. Wypełnia swą dziejową misję otrzymaną od Boga. Ojczyzna jest darem Bożej Opatrzności – podkreślił, dodając, że dziś należy za ten dar szczególnie dziękować.

Hierarcha przypomniał, że w obliczu zagrożenia i wspólnego wroga zapomniano o podziałach społecznych, odłożono na bok ideowe spory i polityczne utarczki. - Wolność i niepodległość. Te dwa słowa pełniły rolę detonatorów narodowej jedności w dążeniu do wspólnotowego celu. Ponad doraźnymi podziałami i społecznymi zatargami. A celem tym było utrwalanie niepodległości i wolności – podkreślił. Historyczne zwycięstwo, zdaniem arcybiskupa, jest dziełem nie tylko walecznych obrońców Ojczyzny, ale również tysięcy modlących się wiernych.

Przestrzegał słowami przemówienia Jana Pawła II w polskim parlamencie 20 lat temu, że demokracja bez wartości łatwo może się przemienić w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm. - I to się dzieje w zsekularyzowanej, odwracającej się od własnej historii Europie. To jest widoczne w działaniach potężnych organizacji międzynarodowych, oferujących finansową i gospodarczą pomoc i wsparcie, ale w „pakiecie” z wymogiem angażowania się w tzw. „postępowe” programy ideologiczne. W strategii tych mediów, które pozostając w niepolskich rękach, narzucających szerokiemu kręgowi odbiorców, zafałszowaną, nierzeczywistą wizję rzeczywistości – powiedział hierarcha, podsumowując, że jest to wyzwanie dla dzisiejszej Polski.

Krzyż łączy

O znaku krzyża łączącym pokolenia Polaków i określającym tożsamość społeczeństwa polskiego mówił w homilii podczas Mszy za Ojczyznę w katowickiej katedrze Chrystusa Króla abp Wiktor Skworc. Metropolita katowicki zaapelował o modlitwę za całe społeczeństwo - aby pamiętało, że jest spod znaku krzyża.

Wspomniał też ludzi młodych tęskniących za wielkimi ideałami, którzy kuszeni są „mirażami ukazywanych przez współczesnych idoli i nauczycieli luzu”. Przywołał tych, którzy „chcieliby wyrzec się chrześcijańskich korzeni narodu, związku z krzyżem, domagając się usunięcia krzyży z przestrzeni publicznej, oddzielenia wiary od życia, moralności od polityki i gospodarki, zamknięcia ust chrześcijanom” oraz tych, którzy wyrzekają się nieraz krzyża „w pogoni za pieniądzem, prestiżem, stylem życia jakby Boga nie było” oraz ludzi, którzy „dopuszczają się bezczeszczenia świętego znaku wiary w imię wolności artystycznej, nowoczesności i europejskości”.

Wszystkich rodaków abp Skworc poprosił, aby „w nowym 100-leciu dziejów naszej Ojczyzny krzyż ubezpieczał nas i naszą ziemską Ojczyznę, wspólny dom Polaków”.

Narodowe wady

Abp Grzegorz Ryś wymienił wady, z jakimi muszą się dziś mierzyć Polacy. Są nimi zgorszenie i niemożność przebaczenia oraz brak braterstwa między obywatelami jednej Ojczyzny.

"Myślę o zgorszeniu, jakie nie raz dajemy. Jak potem stawać przed ludźmi w pozycji tego, który naucza? To dotyczy wielu z nas. Mówimy dzisiaj, że w naszym kraju nie ma żadnego autorytetu. Skąd się to bierze? Dlaczego nie ma żadnego autorytetu? Bo nie potrafimy unieść własnej winy. Takiej winy, która dotyka także innych, ma konsekwencje ich w życiu i sprawia, że inni się potykają i upadają - tłumaczył arcybiskup.

Nie ma też wśród Polaków umiejętności przebaczenia. - Nie chodzi tylko o to, że nie potrafimy się zmierzyć z własną winą, ale też nie potrafimy się zmierzyć z winą drugiego wobec nas. Tu nie chodzi o upomnienie, które chce postawić na swoim, które zmierza do ukazania swoich racji. To upomnienie, które zmierza do pojednania. Idziesz i mówisz: zrobiłeś coś złego, ale w polu widzenia masz pojednanie. To spotkanie jest po to, by wybaczyć, a nie aby upominać. My nie potrafimy ani jednego, ani z drugiego. Zwalniamy się z upomnienia i z pojednania - ubolewał abp Ryś.

Miłość do małej ojczyzny

Łatwo mówić „kocham Polskę”, ale sprawdza się to dopiero przez miłość do człowieka, który jest w zasięgu mojej ręki. To jest dopiero dobry sprawdzian prawdziwości ważnych słów, które weryfikuje prosta codzienność w mojej zwykłej małej ojczyźnie – mówił bp Edward Dajczak w uroczystej Mszy św. w kościele mariackim w podczas wojewódzkich obchodów Narodowego Święta Niepodległości w Koszalinie.

Ojczyznę kochać jak matkę i ojca

- Bóg chce, abyśmy pomagali Polsce, pracowali dla niej i jej się poświęcali. Abyśmy kochali ją, tak jak kochamy ojca i matkę - powiedział w katedrze lubelskiej abp Stanisław Budzik. W homilii mówił o duchowej spuściźnie, jaką zostawiły współczesnym Polakom poprzednie pokolenia doświadczone walką o wolność.

– Wspominamy tych, którzy wiarę w odzyskanie niepodległości przekuli na czyn. Odbudowa państwa polskiego była efektem wysiłku wielu Polaków. Reprezentowali różne poglądy polityczne, pochodzili z różnych zaborów. Mimo to, potrafili zjednoczyć się wokół jednego nadrzędnego celu: wolności i niepodległości Ojczyzny – podkreślił abp Budzik.

Dziedzictwo polskie i chrześcijańskie

W Białymstoku abp Tadeusz Wojda zauważył, że miłość do Ojczyzny winna być przekazywana młodemu pokoleniu w polskich domach, ale i w polskiej szkole. - To nasze narodowe dziedzictwo jest nie tylko polskie, ale jest też chrześcijańskie - równocześnie zakorzenione w tym, co Polskę stanowi, ale także w tysiącleciu chrześcijaństwa polskiego - mówił metropolita białostocki.

Abp Wojda zauważył, że dyskusja nad kształtem obecnej i przyszłej Polski trwa nieustannie, co „wyraża się nie tylko w wynikach wyborów, w sporach politycznych, czy ogłaszanych nowych programach edukacyjnych mających usprawnić proces kształcenia. Przejawia się przede wszystkim w walce o «rząd dusz», czyli w walce o przyszłość polskiej szkoły i wychowania młodego pokolenia".

Podkreślił, że dzięki przemianom, jakie dokonały się w Polsce, katecheza znalazła swoje miejsce w systemie wychowawczym, jednak troska o nią jest nie tylko podstawowym zadaniem Kościoła. Ciężar odpowiedzialności za nią spoczywa na wszystkich wierzących.

„Nauczanie religii w polskich szkołach musi więc być postrzegane przez władze państwowe i samorządowe, ale i przez wszystkich Polaków, jako prawo osób wierzących. Ma być uznane za pierwszorzędny wkład Kościoła, nie tylko jako instytucji, ale przede wszystkim jako wspólnoty wierzących, w budowanie przyszłości Polski. To jest też wkład Kościoła w budowanie jedności całej Europy, opartej na dziedzictwie chrześcijańskiej kultury” - podkreślił abp Wojda.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Włochy: zakończyła się diecezjalna faza procesu beatyfikacyjnego Chiary Lubich

2019-11-12 14:11

pb (KAI/vidanuevadigital.com) / Frascati

We włoskim mieście Frascati koło Rzymu zakończyła się diecezjalna faza procesu beatyfikacyjnego Chiary Lubich, założycielki ruchu Focolari. Zmarła ona w 2008 r. w wieku 88 lat, a jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się pięć lat później.

CSC Audiovisini

Uroczystości w katedrze diecezji, na której terenie - w Rocca di Papa - znajduje się międzynarodowa siedziba ruchu, przewodniczył 10 listopada ordynariusz Frascati bp Raffaello Martinelli. Opieczętowane akta procesu zostaną teraz przekazane do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie. W 75 pudłach zawierają one 35 tys. dokumentów na temat życia, cnót i opinii świętości kandydatki na ołtarze.

Przewodnicząca ruchu Focolari Maria Voce powiedziała, że pragnie on ofiarować Kościołowi „dar, jakim była Chiara”.

W wywiadzie dla dziennika „Avvenire” wicepostulator procesu Waldery Hilgeman z Holandii zaznaczył, że Lubich była nadzwyczajna „w radykalizmie swego życia, w swej codziennej wierności, biorąc na siebie bóle ludzkości poprzez duchowość Jezusa opuszczonego na krzyżu”, chcąc przyczynić się do wypełnienia modlitwy Jezusa: „aby stanowili jedno”.

Silvia Lubich urodziła się 22 lutego 1920 r. w Trydencie. Już jako nastolatka wraz ze swymi koleżankami postanowiła całe swoje życie opierać na Ewangelii. Połączyła je wiara w Boga, który jest miłością, oraz doświadczenie, że On kocha każdego i że miłość wzajemna, przeżywana zgodnie z Ewangelią, prowadzi do jedności, w której obecny jest Jezus.

W bombardowanym Trydencie 23-letnia Silvia, pracująca jako nauczycielka, i jej towarzyszki zaczęły pomagać najuboższym mieszkańcom miasta dając świadectwo, że możliwy jest świat solidarności i jedności, całkowicie inny od rzeczywistości wojny. W ich życiu osobistym i wspólnotowym zrodziła się nowa duchowość: „duchowość jedności”.

Od tej pory myślą przewodnią całego życia Silvii stała się modlitwa Jezusa: „Aby wszyscy byli jedno”. Postanowiła ona występować na rzecz jedności wszędzie tam, gdzie ujawniały się podziały. Wiara przeżywana we wspólnocie pozwoliła jej na rozwijanie duchowej jedności z innymi. Nie została żoną ani zakonnicą, ale wybrała nową drogę: budowania „ogniska domowego” (focolare) – małych wspólnot naśladujących Rodzinę z Nazaretu. 7 grudnia 1943 r. Silvia przyrzekła Bogu, że oddaje mu się na zawsze i zmieniła swe imię na Chiara, ku czci św. Klary z Asyżu.

Wokół wspólnoty młodych kobiet z Trydentu ukształtował się znany dziś na całym świecie ruch odnowy duchowej, zwany Focolari. Początkowo rozprzestrzenił się on we Włoszech, a później w Europie i na świecie. Jego charyzmatem jest wprowadzanie jedności wszędzie tam, gdzie jej brakuje, także poprzez angażowanie się w działalność ekumeniczną, w dialog z wyznawcami innych religii oraz we współpracę z wszystkimi ludźmi dobrej woli. Drogą realizacji tego zadania jest życie w miłości, które prowadzi do jedności – w rodzinach, społeczeństwie, między przedstawicielami różnych kultur i wyznań. Stanowi to zarazem skuteczne świadectwo o Chrystusie, które przekonuje, że życie zgodne z przykazaniami Jezusa nie jest utopią, lecz otwiera przed ludźmi lepszą przyszłość.

Oprócz żeńskich i męskich wspólnot życia konsekrowanego, w Ruchu wyodrębniły się również inne powołania: księża fokolarini – kapłani diecezjalni, tworzący wspólnoty na wzór focolare; wolontariusze – świeccy żyjący duchowością Dzieła Maryi, angażujący się we wszystkie dziedziny życia społecznego, aby przepoić je Ewangelią: GEN, czyli nowe pokolenie Ruchu – dzieci i młodzież, którzy jeszcze odkrywają swoje powołanie, już stawiając Boga na pierwszym miejscu w swoim życiu i angażując się w budowę lepszego, bardziej zjednoczonego świata. Oprócz nich działają tzw. ruchy szerokiego oddziaływania: Nowe Rodziny, gromadzące małżeństwa, które pragną budować swoją rodzinę na fundamencie Bożej Miłości; Nowa Ludzkość, stawiająca sobie za cel ewangeliczną odnowę wszystkich dziedzin ludzkiego życia; Młodzież dla Zjednoczonego Świata, w którym młodzi dążą do uwrażliwienia swoich rówieśników na potrzebę budowania bardziej zjednoczonego świata, podejmując różnorodne inicjatywy na rzecz najbardziej potrzebujących; Nowe Parafie, które pomagają parafiom, by coraz bardziej stawały się Kościołem-komunią.

Duchowe impulsy wynikające z duchowości ruchu Focolari dotyczą nie tylko życia osobistego, ale oddziałują również na rodzinę, gospodarkę, politykę, sztukę i życie Kościołów. Działa też 19 osiedli, zwanych Mariapoli – modeli nowego społeczeństwa (pierwsze i najbardziej znane z nich znajduje się w Loppiano koło Florencji), 27 domów wydawniczych, wydających czasopisma w 38 językach.

Ruch Focolare prowadzi ponad tysiąc dzieł społecznych w różnych krajach i środowiskach. Dynamicznie rozwija się tzw. ekonomia komunii, sformułowana w 1991 r. przez Chiarę podczas jej pobytu w Brazylii. Zaproponowała ona wówczas nowy sposób wykorzystania zysków przedsiębiorstw, uwzględniający potrzeby najuboższych. Właściciele firm biorących udział w projekcie ekonomii komunii decydują dobrowolnie dzielić wypracowane zyski na trzy części: na rozwój firmy, pomoc dla ubogich i wspieranie struktur Dzieła formujących ludzi do „kultury dawania”, bez której niemożliwe jest rozwijanie projektu. Według tych zasad działa ok. 700 przedsiębiorstw w kilkunastu krajach, w tym kilka w Polsce (w sektorze handlu i usług). Do Polski Dzieło Maryi dotarło w latach 60. W 1996 r. w Trzciance k. Wilgi pod Warszawą powstało Mariapoli. Ściślejszy kontakt z Dziełem w Polsce utrzymuje ok. 4,5 tys. osób.

Wieloletnie zaangażowanie Chiary Lubich na rzecz jedności zostało docenione. Uhonorowana została m.in. przyznaną przez Radę Europy Nagroda Praw Człowieka, Pokojową Nagrodą UNESCO i Nagrodą Templetona. Z okazji 80. urodzin władze Rzymu przyznały jej honorowe obywatelstwo Wiecznego Miasta. Nadano jej kilkanaście doktoratów honoris causa, m.in. Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w 1996 r. W 2001 r. władze jej rodzinnego Trydentu zgłosiły jej kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla.

Napisała ponad 30 książek przetłumaczonych na ponad 20 języków, w tym kilkanaście po polsku, m.in. „Tylko jedno” (1986), „Klucz do jedności” (1989), „Pisać Ewangelię życiem” (1998), „Krzyk opuszczenia (2001), „Każda chwila jest darem” (2002), „Duchowość jedności nową drogą” (2004) i „Charyzmat jedności” (2007). Chiara Lubich zmarła 14 marca 2008 r. w międzynarodowym ośrodku ruchu Focolari w Rocca di Papa pod Rzymem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem