Reklama

Katastrofa raportu Millera

W oficjalnym raporcie dotyczącym katastrofy smoleńskiej roi się od błędów, kłamstw i manipulacji. Może dlatego nikt z ponad 30-osobowej komisji Millera nie odważył się przyjść na uniwersytecką debatę, która odbyła się na UKSW 5 lutego 2013 r.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

W szybkim tempie kurczy się odsetek Polaków, którzy są przekonani o nieomylności ustaleń tzw. komisji Millera. Wszystko wskazuje na to, że proces nieufności nadal przybiera na skali. Nikt rozsądnie myślący nie może mieć już złudzeń, że prawda o przyczynach i przebiegu katastrofy pod Smoleńskiem jest w wielu punktach inna, niż wskazano to zarówno w rosyjskim, jak i w polskim raporcie. Wątpliwości mają nie tylko rodziny ofiar oraz naukowcy związani z zespołem parlamentarnym, ale także wojskowa prokuratura. Dlatego też wiele wątków badanych jest od nowa.

- Wszystko wskazuje na to, że komisja Millera na samym początku postawiła tezę, do której później naginała fakty i dowody. Dziś w raport chyba nie wierzą nawet członkowie tej komisji. Może dlatego nie przyszli na debatę - mówi Piotr Walentynowicz, wnuk Anny Walentynowicz, jednej z 96 ofiar katastrofy.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Dr Lasek kontra prof. Binienda

Jednym z kluczowych argumentów, wytaczanym przez dr. Macieja Laska (szefa Polskiej Komisji Badania Wypadków Lotniczych), jest podważanie merytorycznego przygotowania naukowców współpracujących z tzw. zespołem smoleńskim. Fakty są jednak inne. Okazuje się, że nikt z polskiej komisji nie jest w stanie obalić wyników badań prof. Wiesława Biniendy.

Reklama

Prof. Binienda pracuje m.in. dla NASA i Boeinga. Jego wiedza wykorzystywana jest nie tylko przy konstruowaniu samolotów pasażerskich, ale także promów kosmicznych. Dlatego też ludzie z komisji dr. Laska podjęli się rozpaczliwej próby znalezienia kogoś, kto mógłby podważyć wyniki pracy niepokornego profesora. Znaleźli więc wybitnego eksperta od procesów rozpadu konstrukcji dr. Grzegorza Szuladzińskiego, który obecnie mieszka w Australii. Podobnie jak dr Lasek Szuladziński ukończył ten sam wydział Politechniki Warszawskiej. Na tym kończy się jednak podobieństwo, bo po wyjeździe na Zachód naukowiec pracował m.in. dla amerykańskiej armii, a obecnie jest członkiem gremium naukowego zajmującego się bezpieczeństwem narodowym Australii. - Gdy zapoznał się z moimi obliczeniami, stwierdził, że się w pełni z nimi zgadza. Teraz wspiera prace naszego zespołu - tłumaczy Binienda.

Amerykański uczony przyjechał do Polski ze swoimi nowymi symulacjami. Pokazuje na nich, jak o wiele słabsze niż w tupolewie skrzydło ścina drzewo czterokrotnie mocniejsze od smoleńskiej brzozy. - W ostatnich miesiącach ze swoimi doktorantami przeprowadzaliśmy dziesiątki kolejnych symulacji. Przyjęliśmy różne parametry materiałowe i wprowadziliśmy różne kąty natarcia. W żadnym z analizowanych przypadków skrzydło nie urwało się z powodu uderzenia w brzozę - tłumaczy naukowiec z uniwersytetu w stanie Ohio.

Badania te firmuje swoim nazwiskiem również dr Wacław Berczyński. Jako jeden z głównych inżynierów Boeinga zna konstrukcje konkurencji i historię Tupolewa. - Początkowo skrzydła były za słabe, więc dołożono w nich jeszcze jeden mocny dźwigar. W efekcie skrzydła Tu-154 są o wiele masywniejsze niż w innych podobnych samolotach - tłumaczy Berczyński.

Prof. Binienda zaprezentował również symulację rozkładu energii podczas uderzenia samolotu. Droga hamowania samolotu na tego typu błotnistym terenie powinna wynosić od 200 do 250 m. W Smoleńsku nie było wskazujących na to śladów. - Wprowadziłem tyle danych, że nad jednym obliczeniem komputery pracowały przez trzy tygodnie. Uderzałem modelem samolotu o ziemię z pięciokrotnie większą prędkością spadania niż było to w Smoleńsku. Mimo to kadłub nie uległ takiemu zniszczeniu.

Zagadka pancernego drzewa

Reklama

Zagadkę brzozy i oderwanego skrzydła próbuje rozwikłać także prof. Marek Czachor, fizyk z Politechniki Gdańskiej. Jedna z hipotetycznych trajektorii lotu mówi o tym, że samolot ominął brzozę z boku lub delikatnie musnął ją końcówką skrzydła. - Na jednym ze zdjęć złamanej brzozy wyraźnie widoczne są czerwone przebarwienia - pokazuje profesor. Według tej teorii samolot nie stracił jednak skrzydła, a jedynie delikatnie je uszkodził. Przypomnijmy, że widoczne na fotografiach sloty (przednia część skrzydła) są nietknięte, tak jakby - według komisji Millera - brzoza uderzyła w skrzydło od drugiej strony albo samolot leciał do tyłu. - Niewielkie uszkodzenia z przodu znajdują się na samej końcówce skrzydła. Jest to też jedyny fragment skrzydła pomalowany na czerwono - wskazał profesor.

Tak małe uszkodzenie końcówki płata nie wpłynęłoby na trajektorię lotu. - Znany jest przykład z Kirgistanu, kiedy przy starcie Tu-154 uderzył w inny samolot i stracił ok. 2 m prawego skrzydła. Pilotom udało się jednak wystartować, zrobić koło wokół lotniska i bezpiecznie wylądować - mówi prof. Czachor.

W Kirgistanie Tu-154 zderzył się jednak z potężnym samolotem cysterną, a w Smoleńsku miała to być brzoza o grubości ok. 30 cm. - Ona w żadnym wypadku nie mogła być przeszkodą dla tego samolotu - podkreśla dr Grzegorz Szuladziński z Australii. Naukowcy są więc przekonani o brzozowej mistyfikacji w raporcie Millera i MAK-u. Eksperci z PKBWL nie wiedzą, co stało się w Smoleńsku albo nie chcą tego wiedzieć. Poszli więc tropem rosyjskich sugestii i zwalili wszystko na brzozę. Teraz, gdy nawet prokuratura oświadcza, że drzewo zostało złamane na wysokości 9, a nie 5 m nad ziemią, ich koncepcja rozsypuje się jak domek z kart. Na tej wysokości bowiem drzewo miało zaledwie 10 cm grubości.

Jeśli nie brzoza, to co?

Reklama

Kolejne dowody obnażające mistyfikację raportu Millera wskazuje dr Kazimierz Nowaczyk z University of Maryland. Jego zdaniem, ostatni komunikat komputera pokładowego TAWS 38 został celowo ukryty przez komisję. Nie pasował bowiem do założonej hipotezy przebiegu katastrofy. Parametry, które jako jedyny dowód zostały odczytane przez amerykańskich specjalistów, wskazują, że samolot znajdował się w innym miejscu i na innej wysokości, niż założono to w polskim i rosyjskim raporcie. Dane z amerykańskiego komputera wskazują, że samolot nie zboczył z kursu i leciał prawidłowo w kierunku lotniska. W raporcie Millera dane te nie pasowały do teorii brzozy i beczki autorotacyjnej, dlatego też zostały celowo ukryte.

- Ta ostatnia faza lotu nie została odczytana z żadnych obiektywnych danych typu czarne skrzynki. Wytoczono ją na podstawie amatorskich zdjęć słabej jakości, które odnaleziono w Internecie - odkrywa dr Nowaczyk. Na ich podstawie wymyślono wersję o tym, że samolot przechylił się na lewe skrzydło i obrócił. Co ciekawe, w analizie polskiej komisji pojawia się osobliwy przypadek, kiedy to tupolew na chwilę wstrzymuje się od beczki autorotacyjnej (przestaje się obracać wokół swojej osi), by chwilę później ją wznowić. - To wbrew prawom fizyki i zdrowemu rozsądkowi - podkreśla Nowaczyk.

Przypomnijmy, że teoria beczki autorotacyjnej nie ma również potwierdzenia w śladach na ziemi. Gdyby ją przyjąć, samolot powinien wyryć lewym skrzydłem bruzdy. Wersji o obracaniu się w powietrzu tupolewa nie potwierdzają także naoczni świadkowie zdarzenia.

Światowej renomy naukowcy nie mają twardych dowodów na zamach czy eksplozję bomby. Analizują tylko wszystkie dostępne dane z raportu MAK, komisji Millera oraz inne zgromadzone materiały. Nie wiedzą, co dokładnie stało się w Smoleńsku, ale są przekonani, że oficjalnych ustaleń nie da się pogodzić ze zdrowym rozsądkiem i naukową wiedzą. Dr Szuladziński postawił hipotezę, że tego typu zniszczenie kadłuba i rozpad samolotu na tysiące drobnych części można wytłumaczyć eksplozją. Potwierdzają to również inni eksperci.

- Pracowałem w Boeingu przez 21 lat, gdzie analizowaliśmy wiele katastrof. Pierwsza myśl, kiedy zobaczyłem zdjęcia z Siewiernego... To niemożliwe, żeby samolot, spadając z wysokości 20 m, z prędkością 250 km/h, rozpadł się w taki sposób - podkreśla dr Wacław Berczyński, jeden z głównych inżynierów Boeinga, doradca Pentagonu, NASA oraz ICAO (Organizacja Międzynarodowego Lotnictwa, która jest najważniejszą instytucją lotniczą na świecie). Na przykładzie kilku fragmentów wraku tupolewa oraz charakterystycznie wyrwanych nitów stwierdził on, że na konstrukcję musiało działać bardzo duże ciśnienie odśrodkowe. - Siła rozrywająca działa tak, że pourywane nity latają jak pociski w powietrzu - wskazuje Berczyński.

Przypomnijmy, że jeden z nitów znaleziono w ciele Anny Walentynowicz. Potwierdza to naoczny świadek ekshumacji Piotr Walentynowicz.

2013-02-12 09:04

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Sens ludzkiej pracy

1 maja każdego roku Kościół specjalnie czci św. Józefa jako wzór wszystkich pracujących. Św. Józef jest wzorem i patronem ludzi, którzy własną, ciężką pracą zdobywają środki do życia i utrzymania rodziny. Pracę zawodową łączył on z troską o Świętą Rodzinę, którą Bóg powierzył jego opiece. O pracy poucza nas Katechizm Kościoła Katolickiego: " Jak Bóg odpoczął dnia siódmego po całym trudzie, jaki podjął (Rdz 2, 2), tak również życie ludzkie składa się z pracy i odpoczynku" . Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice Centesimus annus pisze: " Pierwszym źródłem wszystkiego, co dobre, jest sam akt Boga, który stworzył ziemię i człowieka, człowiekowi zaś dał ziemię, aby swoją pracą czynił ją sobie poddaną i cieszył się jej owocami. W naszych czasach wzrasta rola pracy ludzkiej jako czynnika wytwarzającego dobra niematerialne i materialne; coraz wyraźniej widzimy, jak praca jednego człowieka splata się w sposób naturalny z pracą innych ludzi. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek pracować znaczy pracować z innymi; znaczy robić coś dla kogoś. Praca jest tym bardziej owocna i wydajna, im lepiej człowiek potrafi poznawać możliwości wytwórcze ziemi i głębiej odczytywać drugiego człowieka, dla którego praca jest wykonywana" . Praca ludzka jest działaniem osób, które Bóg stworzył na Swój obraz i podobieństwo i powołał do przedłużenia dzieła stworzenia, czyniąc sobie ziemię poddaną. Zatem praca jest obowiązkiem każdego człowieka. Święty Paweł w drugim liście do Tesaloniczan pisze: "Kto nie chce pracować, niech też nie je" (2 Tes 3, 10). Sam Pan Bóg mówi do pierwszych rodziców, że w pocie czoła będą zdobywać pożywienie z płodów ziemi. Jan Paweł II w encyklice Laborem exercens pisze: " Pot i trud, jaki w obecnych warunkach ludzkości związany jest nieodzownie z pracą, dają chrześcijaninowi i każdemu człowiekowi, który jest wezwany do naśladowania Chrystusa, możliwość uczestniczenia z miłością w dziele, które Chrystus przyszedł wypełnić. W pracy ludzkiej chrześcijanin odnajduje cząstkę Chrystusowego Krzyża i przyjmuje ją w tym samym duchu odkupienia, w którym Chrystus przyjął za nas swój Krzyż". Człowiek szanuje dary Stwórcy i otrzymane talenty. Praca może mieć też wymiar odkupieńczy. Znosząc trud pracy w łączności z Jezusem Ukrzyżowanym człowiek współpracuje w pewnym stopniu z Synem Bożym w Jego dziele Odkupienia. Każdy pracujący człowiek potwierdza, że jest uczniem Chrystusa, niosąc krzyż każdego dnia w działalności, do której został powołany i którą wypełnia z miłością. Każda praca, nawet najmniejsza, może być środkiem uświęcenia i ożywiania rzeczywistości ziemskich. Święty Ignacy Loyola bardzo pięknie kiedyś powiedział: "Módlcie się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracujcie tak, jakby wszystko zależało od was". Matka Teresa z Kalkuty także mówiła o pracy: "Musimy pracować z ogromną wiarą, nieustannie, skutecznie, a nade wszystko z wielką miłością i pogodą; bez tego nasza praca będzie tylko pracą niewolników służących surowemu panu. Musimy się nauczyć, by praca nasza stawała się modlitwą. Ma to miejsce wtedy, gdy wszystko czynić będziemy dla Jezusa, dla chwały Jego imienia i dla zbawienia ludzi! Nasza praca, to nasza miłość do Boga wyrażona działaniem". Za naszą pracę otrzymujemy pożywienie jako dar od naszego najlepszego Ojca. Jest dobrą rzeczą prosić Go o nie i składać Mu za nie jednocześnie dziękczynienie. Konstytucja II Soboru Watykańskiego Gaudium et spes poucza: "Praca ludzka, która polega na tworzeniu i wymianie nowych dóbr lub na świadczeniu usług gospodarczych, góruje nad innymi elementami życia gospodarczego, ponieważ te mają jedynie charakter narzędzi". Chciejmy zawsze prosić Pana o to, by błogosławił naszej pracy. Słowa pieśni niech będą naszą modlitwą prośby: "Błogosław, Panie, nas na pracę i znojny trud. Wszak Tyś sam wybrał nas, by Cię poznał i wielbił świat, alleluja". Święty cieśla z Nazaretu, człowiek ciężkiej, fizycznej pracy, został wyniesiony do niewysłowionej godności oraz stał się symbolem i uosobieniem dążenia wielu ludzi. Na jego przykładzie Kościół ukazuje sens pracy ludzkiej i jej nieprzemijające, ogromne wartości. Pewnych informacji o świętym Józefie dostarcza nam tylko Ewangelia. Hebrajskie słowo Józef oznacza tyle, co "Bóg przydał". Święty Józef pochodził z rodu króla Dawida. Mieszkał on zapewne w Nazarecie. Hebrajski wyraz "charasz" oznacza rzemieślnika, wykonującego prace w drewnie, w metalu, w kamieniu. Praca świętego Józefa polegała być może na wykonywaniu narzędzi codziennego użytku, koniecznych także w gospodarce rolnej. Mógł być również cieślą. Według dawnych świadectw św. Józef zmarł w domku w Nazarecie w obecności Najświętszej Maryi Panny i Pana Jezusa. O św. Józefie, który jest patronem wszystkich ludzi pracy, liturgia mówi: "Jako męża sprawiedliwego dałeś go Bogurodzicy Dziewicy za Oblubieńca, a jako wiernego i roztropnego sługę postawiłeś nad swoją Rodziną, aby rozciągnął ojcowską opiekę nad poczętym z Ducha Świętego Jednorodzonym Synem Twoim Jezusem Chrystusem". W 1919 r. papież Benedykt XV do Mszy św., w której się wspomina św. Józefa, dołączył osobną o nim prefację. Papież Leon XIII wydał pierwszą w dziejach Kościoła encyklikę o św. Józefie. Św. Pius X zatwierdził litanię do św. Józefa do publicznego odmawiania. Uroczyste wspomnienie św. Józefa rzemieślnika ustanowił w 1955 r. Pius XII. Św. Józef uczy życia z Chrystusem i dla Jego chwały, uczy delikatności względem kobiet i wzorowego życia rodzinnego, opartego na wzajemnej miłości, życzliwości, szacunku i dobroci. Św. Józef jest wzorem chrześcijanina w spełnianiu czynności domowych i zawodowych. Pracował w stałej zażyłości z Najświętszą Maryją Panną i Jezusem Chrystusem. Podobnie każdy chrześcijanin powinien pamiętać o tym, że pracując spełnia nakaz Boży: "Czyńcie sobie ziemię poddaną" i przygotowuje się do życia wiecznego.
CZYTAJ DALEJ

Patriarchaty wczoraj i dzisiaj

Kim jest patriarcha w Kościele i czym są patriarchaty?

Termin „patriarchat” kojarzy się nam być może z systemem organizacji społecznej, w którym władzę sprawują wyłącznie mężczyźni. W językach greckim i łacińskim termin patriarcha oznacza głowę rodu lub rodziny. Tytuł patriarchów w Piśmie Świętym noszą protoplaści Izraela, czyli Józef Egipski, Abraham, Jakub i jego dwunastu synów. Kim natomiast jest patriarcha w Kościele i czym są patriarchaty? Gdy myślimy o patriarchach w kontekście kościelnym, zazwyczaj myślimy o patriarchach prawosławnych, np. Bartłomieju I z Konstantynopola i Cyrylu z Moskwy. Tymczasem patriarcha i patriarchat to pojęcia, które dotyczą rozwoju struktur Kościoła w pierwszym tysiącleciu. Był to okres bardzo burzliwy, a zarazem owocny – czas potężnych herezji, takich jak arianizm, a jednocześnie okres, w którym odbywały się sobory powszechne, począwszy od pierwszego soboru w Nicei (325 r.) do ósmego soboru w Konstantynopolu (lata 869-870). Początkowo tytuł patriarchy był wyłącznie honorowy. Po raz pierwszy pojawia się w 450 r. w liście cesarza Teodozjusza II w odniesieniu do papieża Leona I. Stopniowo termin ten staje się oficjalnym tytułem, używanym odtąd tylko wobec biskupów z najbardziej znaczących miast, którzy podlegali jedynie papieżowi w Rzymie.
CZYTAJ DALEJ

Czy w przypadku ciąży bliźniaczej można powiedzieć, że „jedno dziecko wystarczy”?!

2026-05-21 12:49

Pixabay

- Czy w przypadku ciąży bliźniaczej można powiedzieć, że „jedno dziecko wystarczy”?! - zapytuje bp Józef Wróbel, przewodniczący Zespołu KEP ds. Bioetycznych. W komentarzu dla KAI biskup odnosi się do opublikowanych ostatnio w mediach informacji nt. pomocy w selektywnej aborcji jednego z bliźniąt.

- Nauczanie Kościoła na temat aborcji jako takiej jest znane - przypomina bp Wróbel w komentarzu dla KAI. - Po pierwsze, to dziecko ma prawo do życia. Przysługuje mu to prawo tak, jak każdemu człowiekowi - podkreśla biskup. - Czy można powiedzieć w przypadku ciąży bliźniaczej, że „jedno dziecko wystarczy”? Że drugie można usunąć, żeby za bardzo nie utrudniać rodzinie życia? - pyta.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję