Reklama

W oczekiwaniu na kanonizację błogosławionego biskupa J. S. Pelczara

Samotność ojcostwa (1)

Ks. Zbigniew Suchy
Edycja przemyska 1/2003

Jest pragnieniem serca, aby ten tytuł pojawiał się w każdym kolejnym numerze Niedzieli Przemyskiej aż do dnia, kiedy z Rzymu (może z Polski), nie wiadomo tego jeszcze dokładnie, rozlegnie się papieski głos obwieszczający kolejną radosną wieść, że bł. bp Józef Sebastian Pelczar zostaje włączony do grona świętych, a Jego kult rozszerzony na cały Kościół powszechny. Zdanie prawie paradoksalne, ale tak się stanie - w życiu jednego pokolenia dokonają się dwa akty zwiastujące, że promieniowanie świętością możliwe jest także w cieniu samotności życia każdego z purpuratów. To dokona się w maju. Ciesz się Kościele przemyski. Ciesz się zobowiązująco. Biskupi to wielcy samotnicy. Są proboszczami szczególnej parafii. Liczebnie niby niewielkiej, osobowościowo mocno skomplikowanej. W ich dłoniach, a zwłaszcza poprzez ich serca, przebiegają na zewnątrz niewidoczne losy ludzkich istnień - więcej, w swoim pasterskim posługiwaniu zostają obciążeni wiecznością powierzonych ich trosce księży. Dziś, dzięki wprowadzonemu wiekowi emerytalnemu, niektórzy otrzymują łaskę dystansu do trudnych spraw, które musieli podejmować. Zacisza emeryckich domów pozwalają, aby wojownicy o chwałę Bożą, korzystając z daru modlitwy różańcowej, tak obficie danego przez Ojca Świętego, nizać na paciorki dwudziestu tajemnic losy i dzieje swoich kapłanów, którzy już odeszli do Pana. Niejako jest to dar modlitwy, której tamci z różnych powodów nie sprostali, nie zdołali uporać się ze swoją słabością i wszechobecnym totalitaryzmem. Przyszłość z pewnością ujawni, jak błogosławiony był to czas pustyni. Przemyski Błogosławiony, a wkrótce święty, takiej szansy nie miał. Do końca swojego życia musiał stawać twarzą w twarz z czasem danym przez historię. Tę ludzką, w której zawierała się zbawcza historia Jezusa, który włączył ich w swoją pełnię. W przypadku bł. bp. Pelczara był to czas niewoli, ale i dylematów ewangelizacji w euforii rodzącej się wolnej Polski. Ojcostwo kojarzy się raczej z wielością ludzi, dzieci, a jednak ten nieco paradoksalny tytuł ma swoje, w moim odczuciu, uzasadnienie. Samotność zewnętrzna rodzi więź duchową. Rodzi duchowe rodzicielstwo, którego daru duchowe dzieci nie są w stanie w pełni zrozumieć. W refleksji o dramacie duchowej prokreacji, zewnętrznie postrzeganej jako samotność, w wymiarach ducha dziejącej się w klimacie wielości problemów duchowych dzieci, chciałbym spotykać się z wdzięcznymi Czytelnikami Niedzieli Przemyskiej do dnia radości kanonizacji, a więc do maja. Te refleksje mają swoich ojców inspiracji, którzy niech do maja pozostaną anonimowi. Staję się narzędziem, które zechce wykorzystać rzekome talenty, by o tej samotności porozmyślać. Udaję się zatem w świat swoich samotnych medytacji nażyciem i drogą świętości wielkiego człowieka. I tylko ta myśl, że nie ja posunąłem się do tej arogancji pozwala mi prosić Błogosławionego o wstawiennictwo. Zacznijmy zatem nasze kilkumiesięczne przygotowanie do świętowania wielkich dzieł Bożych, które dzieją na naszych oczach, a których obdarowania nie potrafimy czasem zrozumieć.

* * *

Było majowe popołudnie. Kolejne egzaminy, wizja pakowania się i przewidywalnego już powrotu do Przemyśla nie napawały do korzystania z uroków majowej piękności świata. Stosy książek do literatury, kolejne, jakie trzeba było przeczytać, by zdać egzamin. Obok sterty skserowanych kazań i listów bp. Pelczara drażniły sumienie niepokojem niespełnionego zadania. Nawet wiadomość, że będzie beatyfikowany nie niosła radości, ale niepokój, jakiś skurcz serca. Jeszcze parę lat temu w zupełnie innych klimatach przeżywaliśmy radość świętowania doktoratu o Eucharystii w nauczaniu Józefa Sebastiana Pelczara obronionego przez ks. Edwarda Białogłowskiego, dziś pomocniczego biskupa diecezji rzeszowskiej. Nie czując się godnym uczestniczenia w uroczystościach beatyfikacyjnych, tłumacząc się ponadto terminami kolejnych egzaminów, na drugim obok homiletyki fakultecie, zdecydowałem, że swoje niespełnienia wobec osoby przyszłego Błogosławionego zamknę w ciszy konwiktorskiego pokoju. Tak, to była ostatnia dekada maja, kiedy w drzwiach pojawił się któryś z księży i bez namiętności wręczył mi list sygnowany pieczęcią przemyskiej Kurii. Ta pieczęć zawsze pobudza adrenalinę. Nie inaczej było tym razem. Mój "listonosz", widząc falowanie barw na mojej wówczas całkiem znośnej karnacji twarzy, zdecydował mi pomóc.
- Zrób kawę - zdecydował.
Skwapliwie podjąłem zaproszenie. To na chwilę zajmie moje myśli - pomyślałem. Usiedliśmy i mówiąc właściwie o niczym sączyliśmy ten czarny napój.
- Nie jesteś ciekawy co jest w tym liście? - drążył sadysta nieustępliwie. Nie chowaj tak tej tajemnicy dla siebie. Może to jakiś awans. Byłbym rad, gdybym to ja pierwszy go rozgłosił, bo tobie nie wypada.
- Daj spokój, jakie mnie mogą w tej sytuacji rozbabranego czasu spotkać awanse.
- Nigdy nic nie wiadomo - był bezlitosny.
- W porządku, skoro ma ci to uświetnić dzień, zaryzykuję.
Krótka wiadomość. Zostaje ksiądz dołączony do ekipy Polskiego Radia transmitującej uroczystości beatyfikacyjne w Rzeszowie.
- I jak, zadowolony? - wycedziłem.
- Kara to nie jest, ale o awansie też mowy nie ma.
Już na spokojnie dopiliśmy kawę, a po odejściu zaczęła się krzątanina myśli. Co to znaczy być dołączonym, do kogo i co mam robić? Spojrzałem na portret przyszłego Błogosławionego, który stał na moim biurku, trochę na zasadzie amuletu, jaki brał kościelny papieskiej kaplicy z powieści Szczuckiej Błogosławiona wina. Nie powiem, czasem wzdychałem do niego czytając mądre listy pasterskie, konferencje. Modliłem się trochę o cud, że może on nocą sam coś dopisze do chudego zasobu przyszłego, daleko przyszłego doktoratu. Ale on już miał czas odpoczynku. Błąkający się arystokratyczny uśmiech na portretowej twarzy zdawał się mówić: - To koleś samemu trzeba napisać. Jak się spotkamy kiedyś to pogwarzymy czy to, coś wymyślił, było prawdą. Już nawet nie śmiałem prosić o natchnienia na to nic mi nie mówiące "dołączenie do ekipy Polskiego Radia". Zacząłem wypisywać podstawowe wiadomości o postaci.
Nie było to łatwe. Media od kilku dni przynosiły wieści z Przemyśla, gdzie trwał spór o świątynię. Miałem w oczach wypiski Przemyskiej Kroniki, której wydawanie zainicjował właśnie Pelczar. W każdym kolejnym numerze wśród ofiarodawców na kościół będący wówczas w ruinie, figurowało nazwisko pasterza i pokaźna suma donacji. Tak umiłował ten kościół, że wbrew zwyczajowi wyraził testamentalnie wolę, aby mógł spocząć właśnie w tym kościele. Ciągle nie było wiadome, gdzie Ojciec Święty spotka się z wiernymi obrządku wschodniego. Zostawiłem to czasowi. Zresztą nie był to mój problem. Miałem być w Rzeszowie.
W przededniu uroczystości nieco się dowartościowałem. Zostałem zaproszony przez redaktorów radia do hotelu na kawę, celem omówienia szczegółów jutrzejszej współpracy. Wrócił spokój. Mam być w zasięgu i przejąć mikrofon, kiedy im skończy się wena i pewnie koncepcja. I tak było. Mały monitor pozwalał w odległym miejscu obserwować uroczystości. Od czasu do czasu trąceniem w łokieć dawali mi znać, że teraz ja. Z początku mówiłem drżącym głosem i równie roztrzęsionymi rękami szukałem wypisków. Pamiętam pierwszą refleksję, którą wypowiedziałem od siebie. Z dali widziałem maleńką postać przemyskiego biskupa, który prosił Ojca Świętego o dar nowego Błogosławionego. Zerwał się letni wiatr, który biskupi ornat układał w finezyjne kształty.
- Cóż tam eter. To wiatr niesie teraz w świat wiadomość o wielkiej radości przemyskiego Kościoła.
Potem nastała cisza. Zdjęliśmy słuchawki. Rozległ się dobitny głos Jana Pawła II.
"Oto człowiek, który spełniał wolę Boga - nie tylko mówił Panie, Panie, ale spełniał wolę Ojca tak, jak tę wolę objawił nam Jezus Chrystus. Jak ukazał ją swoim własnym życiem i swą Ewangelią. Ten człowiek - bł. Józef Sebastian Pelczar - był waszym biskupem. A wcześniej jeszcze był synem tej ziemi. Tu się urodził".
Zadumałem się. Przez moment jakbym nie słyszał papieskiego przesłania. Ale otrząsnąłem się na czas. Jan Paweł II nauczał: "Bądź chrześcijaninem naprawdę, nie tylko z nazwy, nie bądź chrześcijaninem byle jakim...".
Potem jeszcze to morze chorągiewek, które jakby chciały swym powiewem ponieść te słowa.
A potem była ta rzeka ludzi przemierzająca w stronę kolejowej stacji. Wtopiony w nią chciałem dostać się do bloku, w którym czekał obiad i przyjaciele, księża. Było to niemożliwe. Z wysiłkiem, nadrabiając nieco drogi, wyzwoliłem się z tej ludzkiej fali. Kiedy dochodziłem pod podany mi adres, rozległ się warkot helikopterów. Jan Paweł II zmierzał do miejsca, w którym nowy Błogosławiony czynił swoją posługę, której dominantą było posłuszeństwo woli Bożej.
Ta rzeka ludzka porywająca człowieka wbrew jego woli, w miejsca, do których nie chce i nie zamierza iść, to była ważna refleksja. Życie ze swoim nagromadzeniem wydarzeń, opinii staje się dla chrześcijanina taką rzeką, której wartki nurt postępowości może go zdryfować z dróg pełnienia woli Bożej, bycia chrześcijaninem naprawdę. I te samoloty. Trzeba inaczej, modlitewnie wrócić do postaci Błogosławionego i rozczytać Jego życie, które od tego dnia w sposób przez Kościół zatwierdzony winno stać się drogowskazem chrześcijańskiego życia, kapłańskiej posługi.
Helikoptery były już maleńkie, niemal ginęły z pola widzenia. Ale myśl pozostała wyraźna. Zgłębić świętość. Na tyle, na ile to możliwe. Zadzwoniłem do drzwi, gdzie czekano już na mnie z niepokojem, może i bez wiary, że jeszcze dotrę.

Niedokończone Msze wołyńskie

2019-07-03 08:37

Bogdan Kędziora
Niedziela Ogólnopolska 27/2019, str. 28-29

W Krwawą niedzielę, czyli 11 lipca 1943 r., UPA zaatakowało 99 miejscowości na Wołyniu, by dokonać rzezi wiernych i kapłanów, którzy gromadzili się w kościołach na nabożeństwach

IPN
Zamordowani mieszkańcy wsi Chołopecze, powiat Horochów, Woły

Kilka lat temu w związku z Rokiem Kapłańskim Centrum Ucrainicum KUL w Lublinie, we współpracy z lubelskim odziałem IPN, Katolickim Stowarzyszeniem „Civitas Christiana” oraz Konsulatem Generalnym RP w Łucku, zorganizowało wystawę poświęconą martyrologii polskiego duchowieństwa na Kresach Wschodnich II RP, głównie w diecezji łuckiej, które padło ofiarą ukraińskich nacjonalistów w latach II wojny światowej. Ekspozycji nadano symboliczną nazwę: „Niedokończone Msze wołyńskie”. Pamiętamy, że kulminacją tej zbrodni była tzw. Krwawa niedziela, czyli 11 lipca 1943 r., kiedy to UPA zaatakowało 99 miejscowości na Wołyniu, by dokonać rzezi wiernych i kapłanów, którzy w tym dniu gromadzili się na nabożeństwach. Zebrani na modlitwie podczas Mszy św. mieli być łatwą zdobyczą dla morderców, którzy w ten sposób rozpoczęli na masową skalę akcję depolonizacji Wołynia. Ale warto wiedzieć, że przerwane Msze św. były rzeczywistością Wołynia już kilka miesięcy wcześniej – w okresie wielkanocnym, w kwietniu 1943 r.

Wielkanoc będzie czerwona

W okresie poprzedzającym Wielkanoc 1943 r. na Wołyniu pojawiły się wśród polskiej ludności roznoszone przez ukraińskich sąsiadów złowieszcze pogłoski, że „Wielkanoc będzie czerwona od krwi Polaków”. Trwające już od ponad dwóch miesięcy masowe mordy całych polskich wsi w powiatach Sarny i Kostopol czyniły te pogłoski wiarygodnymi. Polacy, w tym dzieci, byli mordowani w bestialski sposób przy pomocy siekier, wideł, bagnetów i noży. Oddziały UPA nie oszczędzały nawet rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich. Okres Wielkiego Tygodnia należał do najstraszniejszych. W nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek w Janowej Dolinie k. Kostopola, w której 97 proc. ludności stanowili Polacy, doszło do rzezi ponad 600 osób. W Wielki Piątek oddział Iwana Kłymyszyna „Kruka” napadł na wieś Zabara w powiecie Krzemieniec. Podpalano domy, mordowano mieszkańców siekierami, złapanych uciekinierów wrzucano do płonących budynków. Zginęło ok. 70 osób. W Wielką Sobotę w Hucie Antonowieckiej zabito ok. 50 Polaków. Mordy kontynuowano w Niedzielę Wielkanocną i drugi dzień świąt. Nasiliły się po świętach, w maju 1943 r. We wspomnieniach dowódcy sotni UPA Maksyma Skorupskiego „Maksa” czytamy: „Poczynając od naszej akcji na Kuty 2-3 maja, dzień w dzień, zaraz po zachodzie słońca niebo kąpało się w blasku pożogi. To płonęły polskie wsie”. Mordercy, wykorzystując fakt szukania przez bezbronnych Polaków pomocy u Niemców i partyzantki sowieckiej, cynicznie próbowali usprawiedliwiać ludobójstwo rzekomą współpracą Polaków z wrogami UPA. W czerwcu tego roku Dmytro Klaczkiwski – „Kłym Sawur”, dowódca UPA-Północ, wydał rozkaz „wymordowania wszystkich Polaków”.

Nie tylko „Krwawa niedziela”

Kulminacją zaplanowanej zbrodni była niedziela 11 lipca 1943 r. W tym dniu śmierć ponieśli także kapłani. Ks. Józef Aleksadrowicz został zamordowany przez UPA podczas porannej Mszy św. w kościele w Zabłotcach. Miejsce jego spoczynku pozostaje nieznane. Zginął także ks. Jan Kotwicki, proboszcz parafii Chrynów k. Włodzimierza Wołyńskiego. W niedzielę 11 lipca 1943 r. ludzie wychodzący ze Mszy św. zostali zawróceni przez Ukraińców do kościoła. Do wnętrza banderowcy najpierw wrzucili granaty, a potem zaczęli strzelać do stłoczonych ludzi. Zabijano tych, którzy usiłowali się wydostać na zewnątrz. UPA zamordowało w kościele i wokół niego 150-200 osób. Kościół po kilku dniach spalono. Proboszcza zastrzelono podczas próby ucieczki przez zakrystię. Jego ciało zostało pochowane na cmentarzu we Włodzimierzu. Z kolei ks. Bolesław Szawłowski, proboszcz parafii w Porycku, według relacji świadków, miał podczas masakry parafian w kościele zostać ranny w nogę i rękę, spadł z ambony i udając trupa, doczekał wieczoru. Następnie doczołgał się do domu popa, który się nim zaopiekował. Kiedy upowcy nie znaleźli wśród zamordowanych ciała księdza, zorientowali się, że ukrył się u popa. Przyszli do jego domu i dokonali bestialskiego mordu na księdzu. Pop miał udzielić ks. Szawłowskiemu przed śmiercią ostatniej posługi kapłańskiej, a potem pochować jego ciało. Po zakończeniu mordu w kościele banderowcy splądrowali zakrystię, zabrali kielichy i monstrancje. Pijąc mszalne wino, śmiejąc się, dzielili się swoimi wrażeniami. Zwłoki prawie 200 ofiar mordu w Porycku Ukraińcy kazali wrzucić do wykopanych na ich polecenie dołów w odległości zaledwie 25-30 m od kościoła.

W kolejnych tygodniach i miesiącach księża ginęli mordowani za stawanie w obronie swoich parafian oraz za odmowę przejścia na prawosławie lub odmowę publicznego wyrzeczenia się wiary katolickiej, za modlitwę w intencji zamordowanych, za ukrywanie swoich wiernych w klasztorach. Ginęli w czasie ucieczek, w drodze. Niektórych palono żywcem w świątyniach. Innych zrzucano z mostów do rzeki, jeszcze inni ginęli w męczarniach, przywiązywani między dwie deski i przecinani piłą. Ciała ofiar zakopywano w nieoznaczonych miejscach. Jeden z dowódców upowskich, „Rudyj” – Jurij Stelmaszczuk, w czasie przesłuchania opowiadał: „Kiedy już nie pozostał ani jeden żywy człowiek, kopaliśmy wielkie doły, zrzucaliśmy tam wszystkie trupy, zasypywaliśmy ziemią oraz, żeby ukryć ślady tego strasznego grobu, paliliśmy na nim wielkie ogniska i szliśmy dalej. Tak przechodziliśmy od wsi do wsi. Całe bydło, wartościowe rzeczy, mienie i żywność zabieraliśmy, a budynki i inne mienie paliliśmy”. Zdarzało się też, że ofiary wrzucano do studni. Świątynie były nieraz burzone do fundamentów. Taki los spotkał ponad 50 kościołów rzymskokatolickich na Wołyniu. W jednym z rozkazów tak wytłumaczono barbarzyńskie metody niszczenia: „Jeśli ostanie się cokolwiek polskiego, to Polacy będą zgłaszali pretensje do naszych ziem”.

Dokończyć Msze wołyńskie

W jednym ze wspomnień napisanych przez ocalałego świadka rzezi czytamy znamienne słowa: „Antychryst rozpoczął swą działalność!”. Rzeczywiście zło na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w czasie wojny przekroczyło wszelkie ludzkie wyobrażenia. Tylko moc Bożego Miłosierdzia może się zmierzyć z taką tajemnicą zła. Dlatego trzeba – jak powiedział bp Marcjan Trofimiak, ordynariusz diecezji łuckiej – „dokończyć sprawowanie tych Mszy św., które niegdyś zostały przerwane i pozostają niedokończone”. Modląc się za ofiary, za wszystkich, którzy opłakują swoich bliskich, trzeba modlić się także za tych, „którzy w swoim zaślepieniu, podeptawszy przykazania Boże i Chrystusową naukę o miłości, podnieśli rękę na brata. Boże, przebacz im”. Warto dodać też intencje o zachowanie pamięci, ale także o jej uzdrowienie, o prawdę, o próbę przełamania przekleństwa historii przez wzajemne otwarcie na wrażliwość drugiej strony oraz o budowanie relacji polsko-ukraińskich na tym, co w przeszłości było wyrazem człowieczeństwa, a teraz ma moc budowania mostów, np. na pamięci o sprawiedliwych Ukraińcach, którzy ratowali polskich sąsiadów z narażeniem swojego życia. Wreszcie –nie można mówić o pojednaniu w sytuacji, kiedy szczątki pomordowanych leżą nadal w bezimiennych, nieoznaczonych dołach i nie mogą być należycie upamiętnione przez rodziny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jasna Góra: dziś pierwszy pielgrzymkowy „szczyt”

2019-07-15 18:09

it / Częstochowa (KAI)

Na Jasnej Górze odbywa się dziś pierwszy tzw. pielgrzymkowy szczyt. Na święto Matki Bożej Szkaplerznej przybyły tysiące pątników. Dwie piesze pielgrzymki diecezjalne i kilka mniejszych. Wszystkim towarzyszyła modlitwa o owoce Ducha Świętego, nowe powołania i za Polskę.

Bożena Sztajner/Niedziela

W 39. pielgrzymce przemyskiej wśród 1,2 tys. osób podążał jak zwykle metropolita przemyski abp Adam Szal, który podkreślał, że czuje wielką potrzebę bycia z ludem Bożym. - Myślę, że pielgrzymka piesza jest pięknym obrazem Kościoła będącego w drodze, Kościoła, który jest nieraz utrudzony, ma przeszkody, ale ma jasno sprecyzowany cel. Dla nas pielgrzymów tym celem jest wspólne przebywanie, wspólna modlitwa, i dojście na Jasną Górę, by uczestniczyć we Mszy św., bo Matka Boża doprowadza nas do Eucharystii. Czuję potrzebę serca, aby iść razem z tym Bożym ludem - mówi.

- Czujemy radość, szczęście i emocje, które są nie do opisania. Taki miesiąc poślubny na pielgrzymce, żeby podziękować Matce Bożej za to, że dała nam siebie - podkreślają nowożeńcy, którzy w ślubnych strojach wkroczyli w progi Jasnej Góry.

W drodze modliliśmy się za Polskę – powiedziała Bożena z Jarosławia. Wyjaśniła, że było np. nabożeństwo za Ojczyznę, bo „w dzisiejszych czasach bardzo ważna jest modlitwa za nasz kraj”. - Mieliśmy też białe koszulki z czerwonymi napisami, by idąc przypominać o Polsce – zauważyła pątniczka.

- Doświadczaliśmy ogromnej życzliwości od ludzi przez wszystkie dni naszego pielgrzymowania – zaznaczył pan Kazimierz. Jak podkreślił „właściwie niczego nam nie brakowało w drodze”.

Dla pani Heleny była to pierwsza piesza pielgrzymka. - Jestem pierwszy raz z trójką dzieci przede wszystkim dlatego, że chciałam moje dzieci zawierzyć Matce Bożej. Było wspaniale – wyznała.

W tym roku na pielgrzymce przemyskiej była nowość. Diecezjalne Radio Fara zainicjowało sztafetę różańcową. - W czasie całej pielgrzymki a więc przez 12 dni, ludzie modlili się na różańcu przez całą dobę - powiedział ks. Zbigniew Suchy, koordynator pielgrzymki. Duchową łączność przeżywało ok. 2 tys. osób.

Pielgrzymi podkreślają, że pogoda w tym roku była wspaniała. - Ani razu nie musieliśmy wyciągać deszczowników - zauważają.

Hasłem pielgrzymki przemyskiej były słowa „W mocy Bożego Ducha”. - Zastanawiamy się nad bardzo ważną tajemnicą naszej wiary, tajemnicą obecności Ducha Świętego w życiu Kościoła i życiu każdego z nas. Rok temu zastanawialiśmy się nad darami Ducha Świętego, które w sposób szczególny otrzymujemy w sakramentach świętych, szczególnie w sakramencie bierzmowania, a w tym roku realizowaliśmy jakby następny etap, zastanawiając się jak przynosić owoce, o których pisze św. Paweł w liście do Galatów – powiedział abp Szal.

Na Jasnej Górze na pielgrzymów oczekiwał pochodzący z arch. przemyskiej bp Jan Ozga, który od 31 lat posługuje na misji w Kamerunie. -Moja obecność związana jest z osobistym doświadczeniem tutaj, na Jasnej Górze - wyjaśnia bp Jan Ozga – W 1988 r. przed wyjazdem na misję w ramach akcji ‘100 misjonarzy jako żywy dar Kościoła polskiego’, byłem tutaj, żeby jasnogórskiej Pani, a przez Nią Bogu zawierzyć posługę w świecie misyjnym i wtedy też powiedziałem, że ‘ilekroć będę w Polce, tylekroć w Twoim domu’. To jest spełnienie słowa, ale i pragnienie serca, bo zawsze znajduję kilka godzin czasu, by tu zawierzyć siebie, swoją rodzinę, Kościół powszechny, misyjny.

85. kompania poznańska szła „Z Maryją w nowe czasy” i wpisywała się w trwający w arch. poznańskiej czas nawiedzenia kopii Cudownego Obrazu.

- Dla wielu jest to czas powitania i zaproszenia Matki Bożej do naszych wspólnot parafialnych. Szczególną intencją, którą powierzamy są nowe powołania, których w naszej archidiecezji brakuje – powiedział jeden z kapłanów.

W pielgrzymce poznańskiej przyszło prawie 1,7 tys. pątników. Pani Elżbieta przyszła czwarty raz z córką i synem. - Było wiele trudności, ale udało się dojść, za co bardzo dziękuję Matce Bożej. Dla mnie jest to czas wyciszenia, zatrzymania się. Oczywiście mam intencje, ale chciałam przez te 11 dni być bliżej Pana Boga, i dziękuję, że mam do Kogo pielgrzymować – powiedziała pątniczka.

Jasnogórskie prymicje witając pielgrzymów odprawiał bp Szymon Stułkowski, od dwóch miesięcy biskup pomocniczy arch. poznańskiej. - Mam duże poczucie wdzięczności za ich świadectwo wiary - mówił i wyjaśniał: „oni omadlają nas, naszą diecezję, Kościół, ofiarują cierpienie, zmęczenie, to jest piękne”. - Z wielką wdzięcznością tu staję, bo też to przeżywałem jako pielgrzym i dziś cieszę się, że jako biskup mogę ich witać – zaznaczył biskup.

- Peregrynacja kopii Cudownego Wizerunku Matki Bożej to dla wielu osób okazją, aby zmobilizować się do tego, żeby wyruszyć na Jasną Górę, o czym świadczy duża liczba pielgrzymów, którzy po raz pierwszy wyruszyli - zauważa ks. Jan Markowski, kierownik pielgrzymki. Dodaje, że „w jednej z grup nawet 1/3 pielgrzymów to pierwszaki, więc należy ich podziwiać i zachęcać do dalszego pielgrzymowania”.

W zależności od miejsca wyjścia pątnicy w ciągu 10-13 dni pokonywali ok. 290 km. Na trasie wspierało ich 32 księży, 13 kleryków, 17 sióstr zakonnych oraz 2 braci.

- Gdy człowiek pójdzie w pielgrzymce pierwszy raz, to potem nie sposób jest się wyrwać. Jesteśmy dla siebie jak rodzina, wspieramy się, wiemy o sobie takie rzeczy, o których normalnie się nie mówi. Przyciąga też to, że ma się poczucie przynależności do jakiejś wspólnoty. Teraz, gdy tu już dotarliśmy, czujemy ogromną radość, że jesteśmy u stóp Matki, ale także smutek, że te 11 dni właśnie dobiega końca – powiedziała Kinga z Grodziska Wielkopolskiego.

Już od wczoraj na Jasnej Górze modlą się uczestnicy 150. pielgrzymki piotrowskiej, ale przybyły także grupy m.in. z Trzebuni, Rozprzy czy Gorzkowic. Większość pozostanie do jutra, by tu przeżywać maryjny odpust. Msza św. odpustowa sprawowana będzie na szczycie o godz. 11.00.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem