Reklama

By dorwać księdza

2013-12-10 13:35

Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 50/2013, str. 40-41

nadesłane przez ks. Gila

Ten prywatny adres w Modlnicy pod Krakowem był przez pewien czas mijającego roku najbardziej znanym i najłatwiejszym do zdobycia w Polsce

Każdy, kto tylko chciał, mógł się, dzięki usłużnym dziennikarzom i redaktorom, dowiedzieć, gdzie mieszka ks. Wojciech Gil, którego mainstreamowe media bez wyroku i bez potwierdzonych dowodów okrzyknęły „księdzem pedofilem”.

Do rodzinnego domu ks. Wojciecha po raz pierwszy jadę z michalitą, ks. Romanem Chylińskim. Przez otwartą bramę wjeżdżamy na podwórko. Wita nas głośne szczekanie psa. W drzwiach wejściowych stoi wyprostowany człowiek. Gdy podchodzę bliżej, dostrzegam jego uważne spojrzenie. Starszy pan okazuje się być ojcem ks. Wojciecha. Gdy tylko Stanisław Gil rozpoznaje w ciemności ks. Romana, otwiera drzwi na oścież i zaprasza nas do środka.

W domu rodzinnym

To moje pierwsze spotkanie z posądzonym i obrzuconym błotem michalitą, którego bardzo chciałam poznać. Ksiądz Wojciech lustruje mnie uważnie, podobnie jak jego mama, Elżbieta Gil. Na pewno jest mi łatwiej, bo mam rekomendacje ks. Romana. Ale i tak na początku, zanim zaczniemy rozmawiać, a p. Elżbieta przyniesie kawę, herbatę oraz ciastka, wyciągam na ławę mój telefon i dyktafon, pokazując, że nie są włączone. Dodaję, iż nie mam zamiaru niczego nagrywać bez ich zgody. Tego wieczoru słucham m.in. relacji o tym, jak właściciele domu: Stanisław i Elżbieta Gilowie oraz ich drugi syn Grzegorz z żoną i córkami zostali potraktowani przez dziennikarzy, którzy do Modlnicy zjeżdżali nie tylko z Polski. Pytam, czy mogłabym to opisać. Nie wyrażają zgody, ale obiecują, że się zastanowią i dadzą mi odpowiedź.

Reklama

Tydzień później, gdy dowiedziałam się, że mam „zielone światło” na artykuł, znów jadę do Modlnicy. Tam oprócz bliskich ks. Wojciecha spotykam sąsiadów, młodych ludzi z parafii św. Wojciecha oraz sprzedawczynie z tutejszego sklepu. Każdy z moich rozmówców na swój sposób przeżył i doświadczył aktywności ludzi mediów, którzy szukając dowodów winy ks. Wojciecha, potrafili wykorzystywać cały arsenał środków i sposobów, by go osaczyć.

– O tym, co przeżyliśmy w czasie kolejnych fal zainteresowań dziennikarzy Wojtkiem, trudno będzie nam kiedykolwiek zapomnieć – mówi p. Elżbieta Gil. – Najgorzej to było jednak we wrześniu i na początku października. To był najazd: od wczesnych godzin rannych do późnych wieczornych. Nawet po 22.00 ktoś próbował dzwonić domofonem, prosić o rozmowę. Na nic się zdały nasze odpowiedzi, że nie rozmawiamy. Nikogo nie obchodziło, że my w tym domu żyjemy, że mamy prawo spać, bo rano dzieci idą do pracy, a wnuczki do szkoły.

Przed bramą

Mama ks. Wojciecha mówi, że sposoby, w jaki próbowano uzyskać ich wypowiedzi czy informacje o jej synu, były bezwzględne. Jako przykład podaje zachowanie dziennikarki z „Faktu”. – Akurat przyjechałam z synową z Krakowa – opowiada cała wzburzona, pomimo iż od tamtych wydarzeń upłynęło kilka tygodni. – Gdy ta redaktorka przeszła przez bramę i zapytała, czy z nią porozmawiam, powiedziałam, że nie, bo oni i tak piszą, co im się żywnie podoba. Na to ona, że wierzy w niewinność Wojtka. Zapytała równocześnie, czy to prawda, że Wojtek uciekł z Dominikany na fałszywym paszporcie. No to jej powiedziałam, że to nieprawda i przyniosłam ten paszport z wbitymi pieczątkami. Wtedy pani zapytała, czy może zrobić zdjęcie paszportu. Zgodziłam się, a następnego dnia „Fakt” opublikował fotografię z opisem: „Matka księdza pedofila”. Ani słowa o tym, co trzymam w ręku…

Swoje uwagi na temat wspomnianego tekstu ma również p. Stanisław Gil. Trzęsącymi rekami podaje mi gazetę („Fakt” z 9 września 2013 r. – przyp. red.) i drżącym głosem opowiada: – Ci z tego brukowca weszli na podwórko i ten co miał aparat, zrobił mi zdjęcie. No to się go pytam, kto mu pozwolił i domagam się, żeby tę fotografię skasował. On obiecał, że tak zrobi i sobie poszedł. Potem w tym artykule, w którym żonę nazwali „matką pedofila”, przytoczyli moją wypowiedź, a ja o Wojtku nic do nich nie mówiłem. Jakim więc prawem ktoś się powołuje na moją wypowiedź, której nie było? – pyta starszy człowiek i dodaje, że chciałby wiedzieć, czy ci piszący nieprawdę o jego dziecku pomyśleli, co czuje ojciec. Zdenerwowany, rozżalony wyznaje: – Wie pani, ja przez trzy tygodnie do kościoła nie chodziłem, tu, w domu, się modliłem. Po tym, co te gazety pisały, co w telewizji mówili, ciężko mi było tutejszym ludziom w oczy spojrzeć.

Kosztem dzieci

Pogoni za sensacją doświadczył również Grzegorz Gil i jego rodzina; żona i córki – uczennice podstawówki. – To był dla nas bardzo trudny czas – przyznaje brat ks. Wojciecha. – Ciężko było tu normalnie żyć, do pracy wyjechać, koło domu coś zrobić. Nie dało się wyjść, bo cały czas kręcili i fotografowali, co się u nas dzieje. Nawet w nocy dziennikarze czaili się po krzakach, żeby Wojtkowi zdjęcie zrobić. Jeden to nawet był przebrany za księdza. Za nim jakiś chłopak z dziewczyną, ostentacyjnie się na różańcu modlili. Ktoś się przedstawiał, że jest z Telewizji Trwam.

Grzegorz Gil przyznaje, że najtrudniej to jednak było córkom wytłumaczyć całe to zamieszanie. – One bały się same do domu wracać – mówi. – A i w szkole inne dzieci pytały, dlaczego nasz dom w gazetach, w telewizji pokazują, dlaczego o ich wujku tak mówią. Ojciec dziewczynek przyznaje, że bardzo się o nie rodzina bała, wszyscy starali się je chronić przed upowszechnianymi informacjami, ale też ma świadomość, że to właściwie było niemożliwe.

Brat ks. Wojciecha nazywa to, co przeżyła jego rodzina – nagonką na księdza, bezwzględnym szukaniem sensacji i okazji do zarobienia. Wskazując na kolejne relacje: te z konkretnych telewizji i te prasowe, udowadnia, że ich autorzy manipulowali faktami, stwarzając rzeczywistość, zamiast ją rzetelnie opisywać. – Najlepszym przykładem jest sprawa przedstawiona w „Super Expressie” (z 3 października 2013 r. – przyp. red.), jak to rzekomo media, w tym właśnie ten brukowiec, pomogły ustalić miejsce pobytu Wojtka – opowiada. – Prawda wyglądała inaczej. Policja zadzwoniła do nas, aby porozmawiać z Wojtkiem, a ponieważ go akurat nie było, więc to ja z nimi rozmawiałem i to ja przekazałem bratu, że oni chcą go przesłuchać. Wojtek zgłosił się do nich ze swym adwokatem i po złożeniu stosownych zeznań wrócił do domu. To było w sobotę, a w następnym tygodniu, we wtorek przyjechała do nas policja, a za nimi sznur samochodów z dziennikarzami. Natomiast dwa dni później po tym najeździe wspomniany „Super Express” napisał, że ich dziennikarze przyczynili się do ustalenia adresu przebywania Wojtka. Tam jest również zdjęcie rzecznika policji z Komendy Głównej i informacja, jakoby dziękował on gazecie za to, że pomogli ustalić miejsce pobytu Wojtka, którego po raz kolejny nazwano „pedofilem”. A przecież policja dobrze wiedziała, gdzie jest Wojtek.

Wśród sąsiadów

Również sąsiedzi państwa Gilów przeżyli swoje. Kłopoty z dojazdem na swoje posesje, zaczepianie przez dziennikarzy szukających wypowiedzi, które potwierdziłyby już upowszechnione opinie na temat ks. Wojciecha. – To był dla nas bardzo trudny czas – przyznaje sąsiadka, Bożena Bogucka. – Dziennikarze wjeżdżali samochodami na nasze prywatne drogi, nikogo o zgodę nie pytali. Wiem też, że zbierali wypowiedzi wśród dzieci, zwłaszcza tych z gimnazjów. Wśród pytanych był mój młodszy syn, który ks. Wojtka zna dobrze, bo jeździł z nim na kolonie. Jednak wypowiedzi syna nigdzie nie znalazłam. Najwyraźniej dobre, prawdziwe informacje tych żądnych sensacji dziennikarzy nie interesowały.

Również druga sąsiadka, Elżbieta Machlowska, mówi, że to, co się w tym czasie w Modlnicy działo, było i nadal jest trudne do zaakceptowania. – Któregoś dnia wracałam z popołudniowej zmiany, ok. 21.30. I wtedy mnie i moją córkę policja legitymowała. Gdy zapytałam, co tu się dzieje, wymyślili historyjkę o kradzieży. Najgorsze jednak było wścibstwo tych dziennikarzy i fotoreporterów, ich wchodzenie z buciorami do czyjegoś życia.

Pani Elżbieta przyznaje, że jest zszokowana tym, co zaobserwowała. – Wie pani, oni byli strasznie nachalni, a najgorsze, że pisali i mówili, co im się spodobało – stwierdza. – Moja koleżanka się wypowiedziała, a potem w gazecie znalazła tylko część tego, co mówiła i to w taki sposób przedstawione, żeby jej słowa współgrały z przesłaniem artykułu. A córka po tym wszystkim, co tu widziała, to powiedziała, że więcej tych gazet, w których wydaje się wyrok na człowieka, chociaż sąd go nie skazał, a i dowody jakieś takie niepewne, to do ręki nie weźmie.

Przed kościołem i sklepem

Kolejnym miejscem, obok rodzinnego domu ks. Gila i parafialnego kościoła, gdzie chętnie przebywali ludzie mediów, był miejscowy sklep. – Oni byli bardzo natarczywi – mówi o dziennikarzach Anna Karcz, właścicielka sklepu. – Niektórzy nasi klienci to nawet bali się do środka wchodzić, bo nie wiedzieli, jak sobie z całą tą sytuacją poradzić. Do mnie też przychodzili różni redaktorzy, ale nie chciałam się wypowiadać. Bo wie pani, co można mówić, jak oni z góry skazują człowieka i twierdzą, że jest winny? – pyta i podkreśla, że te wizyty dziennikarzy u niektórych klientów nagabywanych przez dziennikarzy, nawet wywoływały agresję.

O fałszowaniu rzeczywistości przez dziennikarzy, o ich szukaniu dowodów na z góry postawioną tezę są przekonani Krzysztof Styrylski i Dominik Krawczyk. Obaj mówią, że przyjaźnią się z ks. Wojciechem i bardzo przeżyli, to, co go spotkało. Po tym, co zaobserwowali podczas kolejnych wizyt mediów w Modlnicy, są pewni, że ich zdecydowana większość nie szukała prawdy.

– To, co robili dziennikarze szukający ks. Wojtka i informacji o nim, było bezprawnym najazdem na ten dom, utrudnianiem życia całej rodzinie, a tak naprawdę wielu mieszkańcom Modlnicy – mówi Krzysztof Styrylski. – Sam dojazd do tutejszego przedszkola: były dni, że właściwie stało się to niemożliwe, bo wozy transmisyjne i dziennikarze tarasowali drogę. Albo przejeżdżam obok, a na dom, na każde okno Gilów, są ustawione kamery. Praktycznie trudno się było dostać na posesję. Kiedy podjeżdżałem pod bramę, to natychmiast pojawiali się dziennikarze, którzy próbowali mi zadawać pytania.

Z kolei Dominik Krawczyk, zajmujący się w parafii w Modlnicy wolontariatem, mówi, że zdecydował się sam wyjść do dziennikarzy: – Gdy usłyszałem, że pod kościół po raz kolejny podjechali dziennikarze z TVN-u, poszedłem do nich, bo pomyślałem, że powiem, jakim człowiekiem jest ks. Wojtek. Dziennikarze pytali, skąd się znamy, dlaczego chcę się wypowiadać na ten temat. Ostatecznie żadne słowo z mojej wypowiedzi nie znalazło się w materiale, najwidoczniej nie spełniłem ich oczekiwań (śmiech).

Przyjaciele ks. Wojciecha dodają, że dziennikarze z różnych mediów starali się pozyskać nawet wypowiedzi osób niepełnoletnich, np. gimnazjalistów. – Nie wiem, jak to dokładnie wyglądało, bo mnie przy tym nie było, ale Bartek z tutejszego gimnazjum opowiadał, że jedna dziennikarka telewizyjna nawet próbowała go przekupić, byle tylko „coś” na temat ks. Wojtka powiedział.

W Internecie

Osobny wątek tworzenia historii ks. Wojciecha Gila na tle Modlnicy i jej mieszkańców stanowi wizyta dominikańskiej dziennikarki Alicii Ortegi z telewizji Noticias SIN. Zapewne niewiele osób w Polsce wie, że pani redaktor wspólnie z dziennikarzami TVN-u i tłumaczem przyjechała pod dom Gilów. – Była tu dwa razy – mówi mama ks. Wojciecha. – Pierwszy raz wieczorem, ale myśmy z nią nie rozmawiali, bo mieliśmy zepsuty domofon i nikt nie wychodził do bramy domu, gdzie wciąż się jacyś redaktorzy zbierali. Od sąsiadów dowiedzieliśmy się, że była dziennikarka, co po hiszpańsku mówiła. Elżbieta Gil dodaje, że następnego dnia pod ich dom podjechała ekipa TVN-u, a z nimi ponownie dominikańska dziennikarka. – Ona podeszła z tłumaczem do bramy i prosiła, abym przekonała Wojtka do rozmowy z nią. Mówiła, że wierzy w jego niewinność i chce go przeprosić w imieniu Dominikany, i wyjaśnić wiele spraw. Wtedy jej odpowiedziałam, że nie będziemy z nikim rozmawiać, bo to nie ma sensu. Pani Elżbieta dodaje, że ekipa, z którą przyjechała dziennikarka, postała jeszcze chwilę, a potem odjechała.

Kilka godzin później Alicia Ortega upubliczniła na krakowskim rynku rzekome dowody winy ks. Wojciecha – filmy, na których miały być dzieci wykorzystywane seksualnie przez polskiego kapłana. Znających język hiszpański odsyłam na jedną z dominikańskich stron internetowych (www.elnacional.com.do), gdzie można się dowiedzieć, że Alicia Ortega i towarzysząca jej ekipa zostali w Modlnicy przed domem Gilów… zaatakowani przez ich sąsiadów. Jeden z nich miał próbować rozwalić (w dosłownym tłumaczeniu) samochód stacji telewizyjnej. Inni mieli uderzać w samochód dziennikarki i zaczepiać ją.

Moi rozmówcy, w tym sąsiedzi, nic o tym nie wiedzą, a Elżbieta Gil powtarza, że po rozmowie z nią dziennikarka odjechała spod ich bramy przez nikogo niezaczepiana.

* * *

Z rosnącym przerażeniem słuchałam kolejnych historii mieszkańców Modlnicy. I chociaż początkowo trudno mi było w nie uwierzyć, to fakty same układały się w logiczną całość. To pozwala mi przypuszczać, że aktywność dziennikarzy była zwyczajnym polowaniem na księdza. Mainstreamowe media już wydały wyrok, a ponieważ dowodów nie było, więc uznały, że potrafią je stworzyć.

Czy uczestniczący w tym procederze dziennikarze mają świadomość, że w cyniczny sposób wykorzystali uczciwość wielu osób, że je skrzywdzili, okłamali? Czy mają świadomość, że w pogoni za sensacją wystawili sobie i mediom, które reprezentują, najgorsze świadectwo? Jak sobie z tym poradzą?

Tagi:
kapłan

Reklama

USA: globalny atak na księdza, który wycofał Harry Pottera z parafialnej biblioteki

2019-09-06 12:53

rk (KAI) / Nashville

Decyzja ks. Dana Reehila z parafialnej katolickiej szkoły św. Edwarda w Nashville w amerykańskim Tennessee, który kazał wycofać ze szkolnej biblioteki książki o przygodach Harry Pottera, wzbudziła zaskakujące i nieproporcjonalne do wagi wydarzenia zainteresowanie mediów na całym świecie. Większość wielkich tytułów medialnych – od „Washington Post”, przez „Guardiana”, „Business Insider” do „Newsweeka” i „Telegraph” – opisało obszernie zdarzenie, zgodnie potępiając postanowienie duchownego, który odwołał się w tej sprawie do opinii egzorcystów, teologów i Katechizmu.

Youtube

Tłumacząc rodzicom decyzję o usunięciu z bibliotek popularnej serii, ks. Reehil zauważył, że klątwy i zaklęcia użyte w tych książkach są rzeczywistymi przekleństwami, które odczytane przez czytelnika mogą skutkować przywołaniem złych duchów. „Książki te przedstawiają magię jako coś dobrego i złego, co nie jest prawdą, ale sprytnym oszustwem” – wyjaśnił, powołując się na nauczanie Kościoła i opinie papieża Benedykta XVI oraz ks. Gabriele Amortha, zmarłego 2 lata temu słynnego włoskiego egzorcysty. Podkreślił, że misją katolickiej biblioteki szkolnej jest kształtowanie uczniów według Jezusowego modelu ewangelicznego, zgodnego z nauczaniem i wartościami Kościoła.

Pochlebnie o decyzji księdza wyraził się kanadyjski pisarz katolicki Michael D. O'Brien. Autor takich powieści jak „Ojciec Eliasz”, „Dziennik zarazy” czy „Krzyk kamienia” zauważył, ż wśród księży, egzorcystów i nauczycieli rośnie świadomość, że „nie wystarczy tylko skłonić młodych ludzi do czytania”. „Fundamentalne pytanie brzmi: co czytają? Bo młodzi znajdują się w procesie formacji. Nie czytają Harry Pottera w taki sposób jak profesor akademicki” – dodał.

Kardynał Joseph Ratzinger, zanim został papieżem, ostrzegał w 2003 roku w liście do niemieckiej socjolog Gabriele Kuby przed tym, że literatura autorstwa J.K. Rowling „zniekształca chrześcijańską duszę”. Przyszły papież zgodził się z wnioskami badaczki, która stwierdziła, że popularna książka nie pozwala rozpoznać właściwie dobra i zła, deprawuje serca młodych i szkodzi będącej w fazie rozkwitu relacji młodego człowieka z Bogiem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jedziemy!

2019-09-16 22:34

Agnieszka Bugała

Krzysztof Wowk/Wowk Digital

Wielu osobom, nawet zaangażowanym w życie Kościoła, katolickie tygodniki wciąż kojarzą się z nudnym i trudnym przepowiadaniem, nawracaniem na siłę, wytykaniem życiowych błędów i szczegółowym relacjonowaniem długich, kościelnych uroczystości. W dodatku bez polotu i inwencji, w starym, nie zawsze dobrym graficznie, stylu.

Czy tak jest? Tak, tak niestety też bywa. Czy tak jest u nas? Staramy się, by było inaczej.

W tym roku Niedziela kończy 93 lata. Słuszny to wiek, zasługuje na pochwałę – że przetrwała niejedno i widziała niejedno i wiele mogłaby opowiedzieć młodszym, gładszym na licu koleżankom z prasowej półki. I choć – z racji wieku – kojarzona raczej z powłóczystą suknią mocno wciętą w talii i z kapeluszem ocieniającym pomarszczone czoło z innej epoki (i kapelusz i czoło) to jednak, Drogi Czytelniku, pomyliłbyś się bardzo, gdybyś uległ tej powierzchownej refleksji! Niedziela ma swój wiek, to prawda, ale silnik nowoczesnego motoru, w cztery sekundy rozpędza się do setki i jedzie  tam, gdzie czeka na nią wydarzenie, opowieść, ale przede wszystkim człowiek!

W niedzielę Środków Masowego Przekazu wrocławska redakcja Niedzieli kłania się nisko wszystkim Czytelnikom. Dziękujemy za ogromną życzliwość, serdeczność i gościnność w czasie spotkań w parafiach. Kapłanom, Księżom Proboszczom dziękujemy za pomoc w docieraniu do Czytelników. Jesteście wszyscy częścią ogromnej rodziny Niedzieli - zacnej pani lat 93 z sercem i duszą młodej dziewczyny pędzącej nowoczesnym motorem. Dokąd? Tam, gdzie człowiek, tam, gdzie Bóg.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Porto: po śmierci zakonnicy biskup krytykuje wymiar sprawiedliwości i feministki

2019-09-19 20:29

mz (KAI/JS/P) / Porto

Biskup diecezji Porto Manuel Linda skrytykował portugalską klasę polityczną za stworzenie źle funkcjonującego wymiaru sprawiedliwości w Portugalii. Krytyka ze strony hierarchy ma związek z zamordowaniem 8 września siostry Antonii Pinho. Zakonnica zginęła w miejscowości São João da Madeira podczas próby gwałtu ze strony uzależnionego od narkotyków kryminalisty.

Adam Bujak/Biały Kruk

Siostra Antonia opiekowała matką agresora. Portugalski biskup nazwał zabójcę popularnej w diecezji Porto 61-letniej zakonnicy “prawdziwym potworem”, zaznaczając, że agresor pozostawał na wolności z powodu źle funkcjonującego wymiaru sprawiedliwości. - W tym przypadku zawiódł on w dotkliwy sposób. Żadna instytucja, twierdząca, że stoi na straży praw człowieka, też nie zareagowała w przypadku morderstwa siostry Antonii – napisał w komunikacie bp Manuel Linda, przypominając, że 44-letni morderca wielokrotnie był oskarżany o gwałty.

Hierarcha skrytykował też działanie systemu więziennictwa w Portugalii. Stwierdził, że jest on nieskuteczny i nie resocjalizuje osadzonych. Wyraził wątpliwość czy zakłady karne są w “Portugalii ośrodkami poprawiania ludzi, czy raczej szkołami nauki wysublimowanej przestępczości”.

Biskup Linda skrytykował też organizacje feministyczne, które “nie zabrały głosu” po bestialskim mordzie na zakonnicy. Stwierdził, że zrobiły to prawdopodobnie w związku z tym, że siostra Antonia była osobą konsekrowaną.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem