Reklama

Muzeum Tuska?

2014-12-02 14:50

Wojciech Dudkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 49/2014, str. 38-40

Artur Stelmasiak

Donald Tusk obejmuje odpowiedzialną placówkę w zjednoczonej Europie i żegna się na lata z polską polityką. I już dziś trzeba myśleć o stworzeniu muzeum jego rządów. Tym bardziej że lista eksponatów, które trzeba zgromadzić, jest spora. Czapka z Peru, cygaro Montecristo, sztabka Amber Gold czy minirozmówki polsko-angielskie, które z pewnością przydadzą się w pracy szefa Rady Europejskiej - to tylko część z nich

Rządy Tuska trwały siedem lat i wystarczy - twierdzi nie tylko opozycja, ale nawet sam premier, skoro odchodzi do innej pracy. Jak wynika z badań, zmiany chciało coraz więcej Polaków. Kto pamięta czasy, gdy Tusk bił halowy rekord Europy, wygłaszając trwające 3 godz. i 5 min exposé. Przebił nawet Jerzego Buzka, który mówił 150 min. - Nie na każdym filmie tyle bym wysiedział - żartował nawet Jacek Żakowski.

Tamto exposé trwało długo, Tusk wiele obiecał i nie spełnił, dlatego wykrywacz bajek i bujd, czyli wariograf, mógłby być ozdobą muzeum Tuska. A co poza tym? Oto kilkanaście innych eksponatów - może w porządku alfabetycznym.

A jak asfalt z autostrady

Ponad 1,5 tys. km autostrad i trzy razy tyle nowych i zmodernizowanych ekspresówek zakładał Narodowy Program Wielkiej Budowy, z którym partia Tuska szła do wyborów. Autostrady i drogi ekspresowe - w zapowiedziach premiera i jego ministrów - miały już w ubiegłym roku przecinać Polskę wzdłuż i wszerz. Niestety, nie przecinają ani wzdłuż, ani wszerz, i nie wiadomo, kiedy będą przecinać. Kłopoty z wykonawcami, dziwne przetargi, przeciągające się prace projektowe, nieudolność urzędników i zwykłe złodziejstwo spowodowały, że plan Wielka Budowa ciągle jest w budowie.

Reklama

B jak babci dowód

To schowanie dowodu babci przez wnuczka przyczyniło się najpewniej do dojścia Donalda Tuska do władzy. Doprawdy, trudno znaleźć inną przyczynę jego sukcesu. Ponoć w najbliższych wyborach może się to zmienić i babcia schowa dowód wnuczkowi. Jeśli jeszcze nie wyjechał za granicę - jak setki tysięcy innych wnucząt za rządów Donalda Tuska. Uzupełniającym eksponatem mógłby być zmywak z Wielkiej Brytanii, na którym zasuwają polscy absolwenci uczelni. Premier Tusk wie o zakusach babć i sam woli wyjechać.

C jak ciujo z Peru

Premier Donald Tusk odbył niemal 200 wizyt zagranicznych, a szlak jednej z pierwszych wiódł do Peru. Przywiózł stamtąd Order Słońca Peru - najwyższe tamtejsze odznaczenie za zasługi dla Peru, i chullo (wym.: ciujo) - czapkę przeznaczoną do ochrony przed zimnem i wiatrem. Ciujo, utkane z wełny alpaki lub owcy, ma cechy potrzebne mężom stanu: lekkość, trwałość i świeżość. Zdjęcie premiera w ciujo zrobiło furorę, a zawistnicy twierdzili, że podróże Tuska są potrzebne jak te z powiedzenia: „konferencja w Baden-Baden, a skutek żaden-żaden”.

D jak dorsz za 8 zł

Ten eksponat jest mały jak... dorsz kupiony za 8,16 zł służbową kartą przez jednego z posłów PiS. Wytropiła go Julia Pitera, kiedyś faworyta premiera i pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją w jednej osobie. Ten dorszyk - główne osiągnięcie Pitery przez 4 lata piastowania urzędu - stał się symbolem antykorupcyjnych działań (a raczej ich braku) ekipy Donalda Tuska. W końcu urząd Pitery zlikwidowano i obliczono, że kosztował nas ponad 1,5 mln zł. Pochłaniał 30 tys. zł miesięcznie, licząc same pensje. Pani Julia otrzymywała co miesiąc około 12 tys. zł, zatrudniała 2 sekretarki i 2 kierowców.

F jak fotoradar

- Tylko facet, który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary, a nie na drogi. Polacy mają być kontrolowani w każdym miejscu. Utrudnić ludziom życie do maksimum, a na końcu skontrolować ich wszystkich, bez wyjątku - mówił Tusk, lider opozycji tuż przed wyborami w 2007 r. Po wyborach zmienił zdanie. Dziś, po 7 latach rządów koalicji PO-PSL, fotoradar - nieodłączne wyposażenie polskich dróg - stał się jednym z symboli władzy Tuska. Nie ma dymu bez ognia; fotoradary nie pojawiły się bez przyczyny, a chodzi o łatanie powiększającej się dziury budżetowej, która mogłaby być kolejnym eksponatem w naszym muzeum, gdyby dobrze było ją widać.

G jak gała, czyli futbolówka

- Dużo więcej czasu poświęcam kibicowaniu i graniu w piłkę nożną niż polityce - mówił Tusk w rozmowie z premierem Słowacji. Przesadzał, ale tylko trochę: futbol to dla niego coś więcej niż hobby. Nie omija transmisji z meczów i sam kopie od lat. Na boisku bywa agresywny, bo nie lubi przegrywać. Lubi uderzenie z czuba i grę na sępa, polegającą na czekaniu na piłkę pod bramką przeciwnika. Czeka na podania na pustaka, by być sam na sam z bramkarzem. Grę w piłkę traktuje jako coś, co odstresowuje, podobnie jak czekolada i wino, na rzecz którego porzucił whisky i cygaro, które też powinno trafić do muzeum. Szczególnie lubiana przez premiera marka to Montecristo.

K jak kora z pancernej brzozy

Pancerna brzoza - według rosyjskich (MAK) i polskich (komisja Millera, czy raczej Tuska) denuncjacji - miała stanąć na drodze tupolewa i go uszkodzić. Ale jest problem: są wątpliwości co do pomiarów wysokości przełamania drzewa. Półtora metra robi sporą różnicę. Specjaliści wątpią jednak, czy brzoza była aż taka pancerna. Tzw. komisja Millera sporo ustalała na oko. Jej członkom nie zapewniono bowiem swobodnego dostępu do dowodów, świadków czy miejsca katastrofy. A to już efekt zauroczenia premiera Putinem (i wersją o pancernej brzozie).

L jak automat do lodów

Dawna posłanka Beata S. nie była prekursorką kręcenia lodów na szczytach PO, ale to jej sprawki wyszły na jaw i pokazały władzę od zaplecza. Pani Beata w rozmowie z oficerem CBA zapowiadała przekształcanie szpitali w spółki i „kręcenie na tym lodów”. „Jest nas troje, którzy tworzą prawo” - mówiła i zapewniała, że „ci będą mieli fart, którzy pierwsi będą wiedzieć [o zmianach przepisów]”. „Jak wygramy wybory, to dopiero będziemy kręcić lody!” - oznajmiała posłanka PO.

M jak miotła Grasia

Prasa nazwała byłego rzecznika rządu Pawła Grasia, jednego z najbliższych współpracowników Tuska i, jak mówił sam premier, drugą twarz rządu, a czasami nawet pierwszą - „dozorcą u Niemców”. Graś przez kilkanaście lat za darmo mieszkał z rodziną w willi należącej do niemieckiego biznesmena. Jak tłumaczył, zawarł z nim umowę, zgodnie z którą opiekuje się domem w zamian za możliwość nieodpłatnego mieszkania. Jak wyliczono, za takie lokum zapłaciłby 5 tys. zł miesięcznie. Rzecznik nie wpisał fuchy w rejestr korzyści, a także nie zapłacił podatku. Zwykły Polak miałby kłopoty, człowiek Tuska może spać spokojnie. I właśnie tak śpi.

P jak Pędzący Królik, Sowa i Przyjaciele

Szyldy tych warszawskich lokali z pewnością powinny znaleźć się w muzeum. W pierwszym doszło najpewniej do przecieku w aferze hazardowej - ostrzeżono osoby podejrzane o nielegalny lobbing przy ustawie hazardowej. Według CBA, stało się to podczas spotkania Marcina Rosoła, szefa gabinetu ministra Mirosława Drzewieckiego, z Magdaleną Sobiesiak, córką biznesmena z branży hazardowej. Próba przeforsowania ustawy o grach losowych, tak by była ona korzystna dla rekinów hazardu, a prywatnie - kolegów polityków PO, spowodowała serię dymisji w rządzie i pogonienie szefa CBA Mariusza Kamińskiego, który... aferę wyśledził. Nie było za to dymisji, gdy ujawniono taśmę ze spotkania szefów MSW Bartłomieja Sienkiewicza i NBP Marka Belki, podczas którego obaj rozważali przeprowadzenie zamachu stanu.

P jak kropla potu z czoła „Zbycha”

Gdzieś koło szyldu „Pędzącego...” i „Sowy...” powinna znaleźć się kropla potu z czoła Zbigniewa Chlebowskiego, dawnego szefa klubu PO. Podczas konferencji prasowej po wybuchu afery hazardowej pocił się on strasznie - miał bowiem powód. Gdy z podsłuchanej przez CBA rozmowy wynikało, że Chlebowski jest zaangażowany w blokowanie niekorzystnych dla branży zmian w ustawie o grach losowych, „Zbychu” mówił o rozmowach w tej sprawie z „Grześkiem” i „Mirem” (Schetyną i Drzewieckim). Ani „Miro”, ani „Zbychu” nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej. Aferę zatuszowano, a raport komisji śledczej pod kierunkiem posła Sekuły zupełnie ośmieszył tę instytucję.

R jak rozmówki polsko-angielskie

Muzeum musi też mieć „na stanie” egzemplarz minirozmówek polsko-angielskich, z których premier Tusk - już jako przewodniczący Rady Europejskiej - będzie często korzystał. Egzemplarz musi być w oprawie skórzanej stylizowanej, z wyklejką z papieru ręcznie antykowanego, z tłoczeniem złotem tytulatury na grzbiecie i okładce przedniej, ze zdobieniami reliefowymi na okładce. Należy się, wszak cała Polska ściska kciuki, żeby premier nie pomylił np. „whole” (całość, cały) z „hole” - dziurą, np. wspomnianą „black hole” - czarną dziurą. Wymowa jest identyczna.

S jak sztabka Amber Gold

Spółka Amber Gold inwestowała w złoto, a klientów kusiła wysokim oprocentowaniem, znacznie wyższym od lokat bankowych. Gdy firma ogłosiła decyzję o likwidacji, tysiące klientów nie odzyskało pieniędzy. Wyłudzenie było możliwe m.in. dzięki bezwładowi instytucji publicznych. Głośno o firmie zrobiło się, gdy w tarapaty wpadły należące do niej tanie linie lotnicze OLT Express. Pracował w nich syn Tuska, który jednocześnie był pracownikiem gdańskiego lotniska. Prokuratura nie doszukała się w tej pracy na dwie strony przestępstwa (nie jest nim konflikt interesów). Nie było też dowodów, że ostrzeżony przez ABW premier ostrzegł przed AG syna, a jej klientów już nie. Ale niesmak pozostał, o czym w piosence „Jarek, Polskę zbaw” śpiewał zespół „V-Unit”.

T jak kępa trawy ze stadionu

Otwarcie Stadionu Narodowego, który miał być jednym z sukcesów ekipy Tuska, było odkładane wielokrotnie, tyle razy, ile wymieniano murawę. Ponadto były problemy z budową gmachu, instalacją przeciwpożarową, rozsuwanym dachem i wieloma innymi sprawami. Stadion stał się obiektem żartów, a nie dumy rządowej. Po zalaniu murawy i konieczności przełożenia meczu z Anglią został nazwany Basenem Narodowym. I jest nim do dziś. I to mimo stawania na głowie reżimowych mediów.

Z jak zdjęcie z Putinem

Dlaczego premier Tusk zgodził się na oddanie śledztwa smoleńskiego Rosjanom? Odpowiedzi brak, a to ważne, wybór konwencji chicagowskiej uniemożliwia nam bowiem odwołanie się od raportu MAK do międzynarodowych organizacji lotniczych i pozwala bolszewikom na przetrzymywanie kluczowych dowodów. Przyczyny takiego stanu rzeczy mogą być różne, jedna z możliwości to wspomniane zauroczenie Tuska Putinem. Porozumienia w sprawie przyjęcia konwencji chicagowskiej nie spisano i to mogło doprowadzić do ogrania premiera Donalda przez cara Władimira. Pamiętamy zdjęcie uwieczniające moment, gdy w Smoleńsku car przytulił Tuska, i słynnego żółwika Putin-Tusk. Czy można było odmówić carowi? Reszta to już tylko skutki chwili zapomnienia.

Ż jak żyrandol

Nawet Tadeusz Mazowiecki, zwany Żółwiem, nie zdzierżył. - Tusk popełnił błąd, bo prezydentura to nie tylko żyrandol - mówił. Chodziło o słowa premiera, gdy uzasadniał decyzję o wycofaniu się z udziału w wyborach prezydenckich w 2010 r. - Po tym, jak nowy prezydent mówi słowa przysięgi, jest tylko prestiż, zaszczyt, żyrandol, pałac i weto - mówił. Walkę podjął jego bliski współpracownik Bronisław Komorowski i to on stał się strażnikiem żyrandola, czego Tusk zdaje się mu zazdrościć. Po 5 latach na europejskich salonach chciałby zasiąść w Belwederze.

Inne eksponaty

Twórcy Muzeum Donalda Tuska mogą wybierać, przebierać w eksponatach, które dałoby się w nim pokazać. Ekspozycję warto uzupełnić o portret pamięciowy seryjnego samobójcy (krążącego po Polsce w czasie rządów Donalda Tuska), mikrofon z podsłuchu (jeszcze nigdy nie byliśmy tak słuchani przez władzę, ale władza siebie nawzajem też słucha), koło z zepsutego tuskobusu, kartkę z Kataru od biznesmena, który nie kupił Stoczni Szczecińskiej i, oczywiście, banknot o nominale 100 euro, które premier obiecał wprowadzić już w 2011 r. Na szczęście obietnicy nie spełnił.

Tagi:
polityka Tusk premier muzeum

Reklama

Wspólna historia odrębna prawda

2019-03-20 09:25

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 42-43

W drugiej połowie lutego br. Polacy spotkali się z nową falą brutalnej agresji ze strony izraelskich polityków i środowisk żydowskich. Jest to bardzo przykre i nigdy nie możemy tego zaakceptować. Jednak czy nie ma w tym wydarzeniu także szansy na kolejne odblokowanie prawdy w publicznym sposobie opowiadania o naszej historii, tłumionym dotąd przez poszanowanie wrażliwości naszych „starszych braci w wierze”, a często też przez wpajaną nam „polityczną poprawność”?

Prezesi z Kalifornii

Przed kilkoma laty dostałem propozycję oprowadzenia po Muzeum Powstania Warszawskiego grupy „prezesów żydowskich wspólnot wyznaniowych z Kalifornii”. Było to dla mnie, przewodnika wolontariusza, duże wyzwanie, tym bardziej że dopiero zaczynałem wówczas oprowadzać w języku angielskim. Okazało się jednak, że moi goście to cztery sympatyczne małżeństwa z zachodnich stanów USA, mówiące globalnym językiem angielskim. Szybko nawiązaliśmy pozytywne relacje i ruszyliśmy naprzód przez historię muzealną ścieżką. Problemy zaczęły się już przy 1939 r. i ogólnym obrazie II wojny światowej. Sama informacja, że liczba Polaków zamordowanych lub poległych w tym okresie dochodzi do 2,5 mln ofiar, była trudna do zaakceptowania przez moich gości. Podobnie nieufnie została przyjęta historia o mordach na polskiej inteligencji dokonanych w Palmirach i innych miejscach straceń warszawskiego pierścienia śmierci. Żydzi nie potrafią uznać tego, że nie byli oni jedynymi ofiarami ludobójstwa dokonywanego w latach 30. i 40. XX stulecia. Po chwili weszliśmy do muzealnego pomieszczenia, gdzie przy starych maszynach drukarskich opowiadamy o prasie podziemnej. Kiedy zdziwienie wywołała informacja, że samych tytułów pism wychodzących w konspiracji było ponad tysiąc, pospieszyłem z następującym wyjaśnieniem: Tam, gdzie jest dwóch Polaków, tam potrzebne są trzy gazety, gdyż każdy z nich ma inne zdanie, ale jest też wiele spraw, w których się zgadzają i też chcieliby o tym napisać. Moi goście się roześmiali, a jeden z nich powiedział: – Wiesz, to zupełnie tak samo jak w Izraelu. Przez chwilę rozmawialiśmy o podobieństwach życia społecznego w Polsce i w kraju stworzonym przez ich rodaków na biblijnej ziemi. Bardzo mnie zaskoczyło, gdy się dowiedziałem, że tam nazwanie przeciwnika faszystą w ferworze politycznych kłótni jest tylko zwykłą banalną obelgą. Teraz i w Polsce już ten stan osiągnęliśmy. Od tej chwili mój kontakt z gośćmi ocieplił się do tego stopnia, że gdy opowiadałem o powstańczych szpitalach, wspomniałem też o tym, co w czasie okupacji robił chirurg urolog Stefan Wesołowski, a wykonywał on plastyczno-urologiczne operacje ukrywające obrzezanie u mężczyzn. Jedna z pań zapytała, ile mógł on dokonać takich zabiegów. – Nie wiem – odpowiedziałem – ale nie było ich dużo, kilka, kilkanaście, może więcej. Odpowiedzią był smutny uśmiech. Historia dr. Wesołowskiego z samego okresu walk powstańczych, które cudem przeżył w szpitalach na Woli, dzielnicy zagłady, jest tak nieprawdopodobna, że wystarczyłaby na kilka filmów fabularnych. Niestety, nie zrobiono ich ani w Hollywood, ani w Łodzi. Dobrze, że chociaż pod koniec długiego życia uhonorowano lekarza „Dyplomem dla Sprawiedliwego”, ustanowionym przez

Polsko-Amerykańsko-Żydowskie Stowarzyszenie na Rzecz Współdziałania Młodych (PAJA) dla osób, które ratowały Żydów w czasach Shoah. Przed opuszczeniem muzeum moi goście poprosili mnie jeszcze, abym zaprowadził ich do sklepu z pamiątkami i polecił jakąś książkę o Powstaniu Warszawskim. Zaproponowałem Normana Daviesa. Miła Amerykanka wzięła tom do ręki i uśmiechnęła się wymownie, było to ponad 800 stron drobną czcionką. – Ale może zobaczę o tych kamieniach? – zapytała. Teraz zrobiło mi się naprawdę wstyd. Gdy mówiłem o ruchu oporu, nieopatrznie wymieniłem tytuł wydanej w konspiracji książki Aleksandra Kamińskiego, która nigdy w Polsce w języku angielskim się nie ukazała. – Przepraszam, chwilowo brakuje – odpowiedziałem, częściowo mijając się z prawdą. – Szkoda – odparł mój gość. Podczas pożegnania poczułem w kieszeni rękę, domyśliłem się, że dostałem napiwek. Mam zasadę, że podobnych ofiarodawców odsyłam do puszki w muzealnej kaplicy. Jednak aby nie psuć pełnej harmonii rozstania, tym razem udałem, że nie zauważyłem tego zwykłego w USA wyrazu wdzięczności. Po kilku dniach banknot zostawiłem w puszce franciszkańskiego kościoła, podobnego do istniejących w Ziemi Świętej, wspólnej ojczyźnie naszych religii.

Wrażliwość

Nie tylko ja, ale w pierwszym rzędzie przewodnicy zawodowi dokładamy wszelkich starań, aby nie urazić wrażliwości żydowskich gości. Nie opowiedziałem np. o współpracy mniejszości żydowskiej z czerwonym okupantem na terenach zajętych przez Sowietów w 1939 r., a polegała ona m.in. na pomocy w dokonaniu selekcji klasowej tak, aby nie ocalał nikt, kto według sowieckich kryteriów żyć nie miał prawa. Nie wprowadziłem też moich gości do czerwonego korytarza relacji o powojennych losach wielu powstańców warszawskich, nad którym unosi się złowrogi cień Jakuba Bermana jako symbolu kierowniczego sprawstwa zbrodni i terroru lat 1944-56. W historii opowiadanej o powstaniu w warszawskim getcie nie wspominałem o znikomym znaczeniu militarnym tego zrywu, określonym liczbą strat po niemieckiej stronie. Powstanie w 1943 r. uważane jest za największy zbrojny sprzeciw Żydów wobec zbrodni Holokaustu. Według raportu Jürgena Stroopa, dowódcy oddziałów tłumiących powstanie, w walkach zginęło 16 niemieckich żołnierzy. Nie ma podstaw do kwestionowania tych danych, administracja w SS była precyzyjna i wiarygodna, prawdopodobnie też ten wysoki niemiecki oficer nawet mentalnie nie byłby zdolny do fałszowania raportu. Kiedy przy muzealnej tablicy z napisem „GETTO” pytam niekiedy gości obcokrajowców zwiedzających muzeum, jakie, ich zdaniem, straty zdołali zadać żydowscy bojownicy Niemcom, otrzymuję odpowiedź, że od tysiąca do kilkunastu tysięcy żołnierzy. Fakt istnienia żydowskiej policji na terenie gett jest także zupełnie nieznany. Unikanie tematów trudnych i kontrowersyjnych w rozmowach z rodakami ofiar Shoah jest wyrazem naszego współczucia oraz szacunku dla ludzi walczących o godną śmierć, a także wszystkich ofiar. Jednak nie tylko. W wielu polskich rodzinach żyje wspomnienie kogoś, pochodzącego ze starego przymierza, kto włączył się kiedyś w ciąg pokoleń ich polskich przodków.

100 lat temu w Żarnowie

Na przełomie XIX i XX wieku żył i pracował w Żarnowie, miasteczku leżącym dziś w powiecie opoczyńskim, dr Ludwik Lubodziecki. Właściwie nazywał się on Libkind, jednak kiedy przyjął chrzest katolicki i ożenił się z Polką, zmienił nazwisko. Odtąd nie istniał dla swojej żydowskiej rodziny. To było naprawdę zero tolerancji. Przez ponad 40 lat był później prawdziwym błogosławieństwem dla mieszkańców Żarnowa i okolic. W „Gazecie Radomskiej” nr 28 z marca 1888 r. tak zraportowano jego sukcesy w zwalczaniu tyfusu: „(...) praktykujący tu stale od 12 lat dr. Lubodziecki opanował do tego stopnia epidemię, że na 80 chorych jak do tej chwili, były tylko 4 wypadki śmierci”. Zmarł w opinii świętości w 1916 r., gdy wracał od pacjenta. Na tablicy w kościele św. Mikołaja w Żarnowie można przeczytać inskrypcję ku jego czci.

W sytuacji, gdy znamy takie świadectwa i mamy takich przodków jak pradziadek mojej żony dr Ludwik Lubodziecki, nam, Polakom, trudno będzie pozbyć się empatii wobec wielowiekowych sąsiadów i odpowiadać obelgą na obelgę. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy stopniować prawdę i pozwolić znieważać jedno z najdzielniejszych i najbardziej doświadczonych pokoleń Polaków w naszej historii – pokolenie rówieśników II Rzeczypospolitej oraz nas wszystkich. Tu musi obowiązywać zasada: Zero tolerancji.

Wojciech Bobrowski
Autor jest przewodnikiem wolontariuszem w Muzeum Powstania Warszawskiego i jego filii „Cele Bezpieki”. Stały współpracownik „Niedzieli”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bł. ks. Michał Sopoćko
Wierzę, że on do mnie mówi

2019-04-10 10:24

Z aktorem Maciejem Małysą rozmawia Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 15/2019, str. 20-21

Mogę powiedzieć, że błogosławiony, którego zagrałem, w pewnym sensie stanął na mojej drodze życia i od tego czasu go poznaję – mówi „Niedzieli” Maciej Małysa aktor filmowy i teatralny – odtwórca roli bł. ks. Michała Sopoćki w filmie „Miłość i Miłosierdzie”

Kadr z filmu „Miłość i Miłosierdzie”
Maciej Małys, Janusz Chabior i Kamila Kamińska – odtwórcy postaci ks. Michała Sopoćki, malarza Eugeniusza Kazimirowskiego i s. Faustyny Kowalskiej

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Proszę powiedzieć, w jaki sposób został Pan zaangażowany do roli ks. Sopoćki w filmie „Miłość i Miłosierdzie”?

MACIEJ MAŁYSA: – Mojego bohatera miał zagrać inny aktor, ale z jakiegoś powodu zrezygnował. Okazało się, że trzeba dosyć szybko znaleźć odtwórcę ks. Sopoćki. To zadanie otrzymała moja koleżanka, która zastanawiała się, kogo do tej roli polecić. Przyznała, że szukała aktora, jak to nazwała, z wnętrzem. I jakoś tak się stało, że pomyślała o mnie. Późnym wieczorem napisała na messengerze, że ma dla mnie propozycję. Oddzwoniłem. Gdy przeczytałem scenariusz, stwierdziłem, że jestem zainteresowany rolą. Pojechałem na spotkanie z reżyserem. To był dzień imienin Michała – a więc i ks. Sopoćki, i reżysera Michała Kondrata. A na dodatek w tym dniu mijała 10. rocznica ogłoszenia spowiednika s. Faustyny błogosławionym...

– Znał Pan wcześniej historię jego życia?

– Na początku wiedziałem, że był spowiednikiem s. Faustyny. Zresztą odnoszę wrażenie, że większość osób wie na temat ks. Sopoćki niewiele. Znają św. Faustynę, św. Jana Pawła II, ale o bł. ks. Michale Sopoćce wiedzą mniej. Tymczasem to postać niesamowita. Dużo tracimy, nie znając jego życia, w które zostało wpisanych wiele niezwykłych, wręcz cudownych wydarzeń...

– Z Pana słów i gestów łatwo odczytać, że teraz może Pan długo i barwnie mówić o swym bohaterze. Jak się Pan przygotowywał do zagrania tej roli?

– Gdy już wiedziałem, że zagram spowiednika s. Faustyny, to kupiłem „Dziennik” ks. Michała Sopoćki. Zresztą nadal do niego wracam. Tam są takie myśli, których nie sposób przeczytać na raz. Sięgnąłem także po „Dzienniczek” św. Faustyny. Oczywiście, wcześniej o nim wiedziałem, ale znałem tylko fragmenty, zwłaszcza te zasłyszane przy różnych okazjach. W „Dzienniczku” odszukałem wszystkie zapiski odnoszące się do ks. Sopoćki. Poznałem, co pisała o nim św. Faustyna i co mówił jej na temat spowiednika Pan Jezus. Czytałem to wszystko z wypiekami na twarzy. Myślałem: – To o mnie! (śmiech). Wracałem do tych fragmentów i krok po kroku poznawałem niezwykłego człowieka. I powoli budowałem rolę. Pomogły także rozmowy z reżyserem, ale też z moim bratem, dla którego bł. ks. Sopoćko jest osobą bliską. Dziś mogę powiedzieć, że błogosławiony, którego zagrałem, w pewnym sensie stanął na mojej drodze życia i od tego czasu go poznaję.

– Jaki obraz człowieka, kapłana wyłania się z „Dziennika” ks. Sopoćki?

– To poważny kapłan – chociaż osoba pracująca przy filmie przekonywała mnie, że był człowiekiem pogodnym, radosnym. Z moich spostrzeżeń wynika, że miał dystans do siebie, że dużo od siebie wymagał. Przykładem mogą być uwagi zapisane, gdy skończył 79 lat i stwierdził: „...drżę na myśl, że mogę stanąć przed sądem Bożym z pustymi rękami...”. A przecież tyle zrobił! Proszę zobaczyć, jaka pokora. My z reguły jesteśmy surowi, ale dla innych, a sobie raczej pobłażamy. U niego było na odwrót – siebie widział w bardzo krytycznym świetle. Poza tym, aby zrealizować zamierzenie, nie ustawał w działaniu. Był niezwykle pracowity. Z notatek wynika, że bardzo mu zależało na ludziach. W tym, co robił, był bardzo uczciwy. Nigdy nie stwarzał wokół siebie jakiejś otoczki niezwykłości, jakiegoś szczególnego powołania. Wiemy np., że s. Faustyna pisała „Dzienniczek” na polecenie ks. Sopoćki. Już po jej śmierci ks. Michał przyznał, że polecił jej robić notatki, ponieważ był bardzo zajęty i nie zawsze miał czas, aby jej słuchać. Łatwiej mu było w wolnej chwili czytać to, co napisała. Ale ks. Sopoćko nigdy nie przypisał sobie szczególnej roli w powstaniu „Dzienniczka”. Warto przypomnieć, że wiedział, iż kult nie od razu zostanie wprowadzony, ale konsekwentnie realizował powierzone mu dzieło. Nie zrażał się przeciwnościami. Miał świadomość, że im jest trudniej, tym bardziej jego misja ma sens. Myślę, że mieć zaprzyjaźnionego takiego świętego – to supersprawa. Zresztą Jan Paweł II mówił, że warto się przyjaźnić ze świętymi, bo to jest przyjaźń na zawsze. Dlatego cieszę się, że się zaprzyjaźniłem z bł. Michałem Sopoćką. Wierzę, że on do mnie mówi.

– Jak?

– Dam przykład. Ks. Sopoćko pyta Faustynę o pewną sprawę i ona zapewnia go, że zapyta o to Pana Jezusa. Ale podczas Eucharystii, którą ks. Sopoćko odprawia, przychodzi odpowiedź. Jednak ks. Michał nie odbiera tego jako słów Jezusa, wraca do tematu w rozmowie z Faustyną, która stwierdza, że przecież Pan Jezus już mu na to pytanie odpowiedział... I stąd refleksja, że my jesteśmy tak blisko Pana Jezusa, przyjmujemy Go w czasie Eucharystii, a wciąż o Nim zapominamy. On jest, a my Go nie widzimy, nie uświadamiamy sobie Jego obecności.

– Uczestniczył Pan w watykańskiej premierze filmu. Jakie wrażenia?

– Była ekscytacja. W Watykanie widziałem film po raz pierwszy. To była wersja angielska z włoskimi napisami. Pokaz zorganizowano w sali kinowej Filmoteki Watykańskiej w Palazzo San Carlo za Spiżową Bramą. Myślałem, że to będzie większa sala, ale siedzący obok mnie dziennikarz wyjaśnił, iż od pewnego czasu premiery odbywają się właśnie w tym miejscu, które jest bardziej kameralne. Zauważyłem tam wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej i od razu pomyślałem, że to zapewne ślad po Janie Pawle II. A w premierze uczestniczyli m.in. dostojnicy Kurii Rzymskiej, a także wikariusz generalny Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny Joseph G. Roesch i były arcybiskup Palermo kard. Salvatore De Giorgi, który bardzo starannie przygotował wprowadzenie do filmu – widać było, że włożył w to wystąpienie wiele energii. Niesamowite było to, że watykańska premiera filmu odbyła się w przeddzień 60. rocznicy wprowadzenia przez Stolicę Apostolską zakazu szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia według wizji s. Faustyny. Był to więc symboliczny moment, takie domknięcie tematu. W każdym razie dla nas, twórców filmu, ta premiera to wielkie szczęście i radość, że odbyła się właśnie w Watykanie. Bardzo chciałem tam być.

– A reakcje?

– Było dużo emocji. Zapamiętałem m.in. reakcję siedzącego obok mnie dziennikarza, który zaśmiał się głośno, gdy zobaczył, jak malarz reaguje na ciągłe uwagi Faustyny na temat powstającego obrazu. Dla mnie to było potwierdzenie, że film pokazuje w sposób naturalny to, co się wydarzyło, że nie ma w nim patosu, że wyeksponowano w nim ludzką naturę.

– Komu poleciłby Pan prawdziwą historię Miłości i Miłosierdzia?

– Jako pierwsze przychodzą mi do głowy osoby, które tej historii nie znają. Marzeniem by było, żeby ten film stał się przyczynkiem do nawrócenia. By Miłosierdzie „zadziałało” w taki sposób, że po obejrzeniu filmu jego poruszony odbiorca zaczyna na własną rękę szukać kolejnych informacji o Miłosierdziu i jego apostołach. Kolejną grupę mogą stanowić osoby, o których wspominaliśmy na początku rozmowy. To ludzie, którzy wiedzą, że ks. Sopoćko był spowiednikiem Faustyny. Być może po obejrzeniu filmu tacy widzowie zechcą bliżej poznać ks. Michała. Myślę, że na pewno ich ubogaci, jeśli wejdą w duchowość błogosławionego kapłana. Film ukazuje wiele wątków, wydarzeń, faktów, które warto poznać. Przykładem może być historia powstania pierwszego obrazu, jego niezwykłe losy. Ale warto pamiętać, co Pan Jezus powiedział na ten temat Faustynie: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej” (Dz. 313). Myślę, że o tym trzeba pamiętać, kiedy modlimy się przed obrazem Jezusa Miłosiernego czy to w Wilnie, czy w Łagiewnikach, czy w wielu innych zakątkach świata. Upowszechnieniu tej prawdy o Bożej łasce służy ten film.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież Franciszek pielgrzymuje do Bułgarii

2019-04-25 12:34

Alina Petrowa-Wasilewicz i Krzysztof Tomasik (KAI) / Sofia

Franciszek w dniach 5-7 maja udaje się z wizytą apostolską do Bułgarii i Macedonii, krajów, w których prawosławni przeważają i w których katolicy są niewielką mniejszością. Hasło bułgarskiej pielgrzymki „Pacem in terris” – „Pokój na świecie”, nawiązuje do encykliki św. Jana XXIII pod tym samym tytułem. W Macedonii zaledwie dziesięciogodzinnemu pobytowi Ojca Świętego będzie przewodzić werset z Ewangelii św. Łukasza: „Nie bój się, mała trzódko”. Będzie to 29. podróż zagraniczna papieża Bergoglio. Papieska wizyta nie jest tylko "wewnętrzną sprawą" Kościoła katolickiego w Bułgarii, ale dotyczyć będzie także prawosławnych, przedstawicieli innych wyznań i niewierzących – wszystkich Bułgarów.

Grzegorz Gałązka

Druga wizyta papieża

Wizyta Franciszka odbędzie się siedemnaście lat po pielgrzymce Jana Pawła II, który przebywał tam w dniach 23-26 maja 2002 r. Wówczas było to przede wszystkim potwierdzenie obecności Kościoła katolickiego w Bułgarii, który dwanaście lat po wyjściu z totalitarnej komunistycznej opresji powoli i mozolnie leczył swoje rany. Zarazem był to kolejny ważny krok ku odbudowywaniu zaufania ze strony miejscowego prawosławia, wreszcie historyczne przypomnienie Bułgarom, że są w Europie – a ich wschodnia duchowość i tożsamość kulturowa są cennym elementem wspólnego chrześcijańskiego dziedzictwa kontynentu. Na papieża oczekiwali w szczególności bułgarscy katolicy. Przyjazd Jana Pawła II był dla nich nie tylko wielkim przeżyciem, ale przede wszystkim hołdem głowy Kościoła katolickiego dla męczeństwa, jakie Kościół tego kraju przeszedł podczas totalitarnej komunistycznej nocy. Najbardziej dobitnym tego wyrazem ze strony papieża była beatyfikacja trzech kapłanów bułgarskich – męczenników z okresu komunistycznych prześladowań religijnych. Byli to księża asupmcjoniści: Piotr (Petyr) Wiczew, Paweł Dżidżow i Jozafat Sziszkow.

Mały, dynamiczny Kościół

Katolicy w Bułgarii, w odróżnieniu od sąsiedniej Rumunii czy Serbii, zawsze stanowili mniejszość wyznaniową. W liczącej niewiele ponad siedem milionów mieszkańców Bułgarii jest ich około 60 tys., stanowią więc zaledwie niecały procent ogółu populacji. Według danych spisu powszechnego z 2011 roku niemal 60 proc. Bułgarów określiło się jako wyznawcy prawosławia, 22 proc. nie zadeklarowało swej przynależności religijnej, 9 proc. określiło się jako ateiści, 8 proc. jako muzułmanie, 0,9 proc. – protestanci.

Ściśle ze sobą współpracującą Międzyobrzędową Konferencję Biskupów tworzą: bp Christo Projkow, zwierzchnik liczącej ok. 10 tys. wiernych diecezji obrządku bizantyjsko-słowiańskiego, bp Georgi Jowczew – ordynariusz diecezji sofijsko-płowdiwskiej i bp Petko Christow – ordynariusz diecezji nikopolskiej. Każda diecezja liczy średnio od 20 do 25 parafii, a w niektórych miastach istnieje od dwóch do czterech, a nawet więcej kościołów katolickich.

Największe skupiska katolickie nie są w Sofii, ale głównie w Płowdiwie i leżących nieopodal miasteczku Rakowski oraz wioskach Bełozem, Duwanlij i Żitnicy. W diecezji północnej katolicy są bardziej rozproszeni – mieszkają w Ruse, Plewen, Belene, wioskach Asenowo, Bardarski Geran, Orjachowo. Co ciekawe, do dzisiaj bułgarscy katolicy mówią specyficznym dialektem nazywanym "katoliszkim", czyli "językiem katolickim". Bp Georgi Jowczew, ordynariusz diecezji sofijsko-płowdiwskiej, który mając 31 lat został biskupem, jest jednym z trzech biskupów pochodzących z dzielnicy Rakowskiego, Sekirowa. Z humorem mówi, że w Bułgarii żeby zostać biskupem trzeba spełnić warunki, tzw. trzech "s". Kandydat musi być obdarzony "sapientia" - "mądrością", "sanctus" – świętością i pochodzić z "Sekirowo". Nie są to słowa bez pokrycia – dwóch jego poprzedników również pochodziło z Sekirowo.

Znaczna część osób, które chodzą do kościoła katolickiego, ma korzenie prawosławne lub jako dorośli podjęli konwersję. Są do tego intensywnie przygotowywani. Najczęściej są to osoby z wyższym wykształceniem. W samym 2018 r. przeszło do Kościoła katolickiego osiem dorosłych osób, wśród których był m. in. profesor uniwersytetu i znany krytyk filmowy. Jak zauważa bp Christo Projkow, w ostatnich latach przed upadkiem komunizmu prawdziwym fenomenem był fakt, że wielu intelektualistów zbliżyło się do Kościoła katolickiego obrządku wschodniego jak choćby filozof i religioznawca prof. Władimir Gradew oraz profesor literatury klasycznej Ana Nikołowa. Oboje z Uniwersytetu Sofijskiego im. Św. Klemensa z Ochrydy. "Oni i do dziś praktykują i dzięki nim zbliżyło się do Kościoła wielu innych naukowców. Oni chcą być katolikami, ale pozostać w bułgarskiej tradycji i obrzędowości. Dlatego wybierają Kościół obrządku wschodniego, bo Bułgarzy identyfikują się z tradycją Kościołów na Wschodzie" – wyjaśnia bp Projkow.

"Dla Bułgarów jest to bardzo trudne, gdyż dla nich być Bułgarem to być prawosławnym. Wyznanie i narodowość wyznaczają ich tożsamość. Uważają, że przechodząc na katolicyzm, utracą część bułgarskiej tożsamości. Tym bardziej, że lubią manifestować swoją bułgarskość, m. in. wywieszając narodowe flagi na domach, kultywują narodowe pieśni i tańce, darzą szacunkiem swój język i alfabet – cyrylicę, której twórcami byli święci Cyryl i Metody" – mówi proboszcz sofijskiej parafii katedralnej pw. św. Józefa, polski kapucyn o. Jarosław Babik.

Kościół bułgarski ma nieliczne, ale własne bułgarskie powołania. Jest kilka nowicjuszek u sióstr eucharystynek oraz kilku kleryków w seminariach duchowych, kształcących się za granicą, głównie w Rzymie, ale także na Słowacji i w Polsce. W sumie w Bułgarii jest 40 księży i 117 osób konsekrowanych – 78 zakonnic i 39 zakonników. Wśród nich są polscy kapucyni, zmartwychwstańcy, pasjoniści, salezjanie i asumpcjoniści. W parafiach powstały lub po latach terroru zostały odnowione wspólnoty ruchów zrzeszających świeckich: Trzeci Zakon św. Franciszka, Ruch Focolari, Trzeci Zakon św. Dominika, Droga Neokatechumenalna, Wspólnota Sant' Egidio. Ich członkowie bardzo ożywiają życie parafialne, angażują się w formację wiernych, pomagają księżom w pracy duszpasterskiej.

Co roku w sierpniu ojcowie kapucyni organizują w wiosce Bełozem zloty młodzieżowe, w których bierze udział ok. 250 osób z całej Bułgarii, łącznie z prawosławnymi. Młodzież modli się, słucha chrześcijańskiego rocka i szuka odpowiedzi na najważniejsze pytania, które stawiają sobie ludzie w tym wieku. Parafia św. Franciszka z Asyżu w 4,5-tysięcznym Bełozem liczy 700 osób. "U nas między większością prawosławną, Romami i nami panuje religijna tolerancja i nie mamy żadnych problemów" – zapewnia o. Ełko Terzijski, który całą swoją formację kapłańską odbył w Polsce. W 2009 r. przyjął święcenia kapłańskie i jest pierwszym kapucynem – Bułgarem od zakończenia II wojny światowej. Parafialna Caritas prowadzi stołówkę dla ubogich. Dziennie wydaje ok. 70 obiadów oraz zaopatruje w żywność biedne rodziny.

Stałym problemem bułgarskiego Kościoła są finanse. Wspólnota katolicka, tak jak większość obywateli kraju, jest uboga. Zakaz wstępu na wyższe uczelnie w czasach komunistycznych doprowadził do tego, że katolicy są jedną z najuboższych grup wyznaniowych w Bułgarii. Wierni nie są w stanie finansować Kościoła. Utrzymują się dzięki solidarności organizacji zagranicznych, takich jak Kirche in Not czy Renovabis, ale są też lokalni biznesmeni, którzy wspomagają konkretne projekty.

Państwo w ogóle nie pomaga katolikom. W efekcie przyjętego w 2018 r. nowego prawa wyznaniowego tylko muzułmanie i prawosławni mogą liczyć na dotacje państwowe, zaś katolicy, protestanci, żydzi, Ormianie, są dyskryminowani, ponieważ ich liczba nie przekracza 1 proc. obywateli, a tylko powyżej tego poziomu można otrzymać państwową dotację. Bp Projkow zwraca uwagę, że ustawa dyskryminuje tradycyjne bułgarskie wyznania religijne, w tym Kościół katolicki i uważa, że powinny one być proporcjonalne do liczby członków danej wspólnoty, niezależnie od jej wielkości. Problemem są także obiekty, które w czasach komunistycznych zagrabiło państwo, a obecnie, na mocy ustawy o zwrocie mienia kościelnego, powróciły zdewastowane do dawnych właścicieli. Księża diecezjalni i zakonnicy muszą je remontować, tracąc cenny czas, który powinni przeznaczyć na ewangelizację.

Ponadto bułgarskie duchowieństwo zaangażowane jest w prowadzenie katechizacji dzieci, młodzieży i dorosłych. W bułgarskich szkołach odbywają się lekcje religii, ale są one fakultatywne. Dzieci rodzin chrześcijańskich uczą się Biblii, z rodzin muzułmańskich – Koranu, a z rodzin ateistycznych – mają zajęcia z etyki.

W misji Kościoła dużą rolę odgrywają środki przekazu. Dzięki internetowi można ewangelizować, pomagać ludziom w drodze do nawrócenia, a Kościół jest dobrze zadomowiony w tej międzynarodowej sieci. Swoje strony mają zarówno poszczególne diecezje, jak i wiele parafii, liczni świeccy są obecni na portalach społecznościowych. Ponadto Kościół prowadzi własne programy w radiu i telewizji i korzysta z nich z okazji ważnych świąt i dla przedstawienia swego stanowiska w istotnych sprawach społecznych.

Wobec problemów społecznych

Franciszek przyjedzie do Bułgarii w gorącym czasie politycznym przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Choć sytuacja ekonomiczna w kraju jest lepsza, a bezrobocie, w porównaniu z poprzednimi latami, spadło, to jak zwraca uwagę bp Projkow nie można twierdzić, że życie zwykłych ludzi jest odczuwalnie lepsze, a drożyzna zmalała. "Jest wielu bardzo biednych ludzi, obszar ubóstwa nie skurczył się w sposób odczuwalny. Brakuje klasy średniej, za to jest grupa bardzo bogatych ludzi – rozwarstwienie jest ogromne" – zaznacza bp Projkow. Bułgaria jest najuboższym krajem Unii Europejskiej. Ubóstwo i nierówności społeczne dotykają przede wszystkim najmłodszych i najstarszych członków społeczeństwa, zwłaszcza należących do mniejszości etnicznych bądź mieszkający na prowincji, często praktycznie odciętej od większych ośrodków. Na ich potrzeby odpowiada Caritas Bułgarii. Niedaleko Sofii od lat pracuje centrum dla samotnych matek i niepełnosprawnych, po stolicy krąży ambulans, udzielający pomocy narkomanom. Wiele parafii prowadzi kuchnie dla ubogich.

Mówiąc o sprawach społecznych bp Projkow zwraca uwagę przede wszystkim na rodzinę, która – jak zauważył – poddana jest dziś bardziej niż kiedykolwiek przedtem, „twardym próbom”. „Jesteśmy świadkami ataków ze wszystkich stron” – ubolewa dodając, że m.in. próbuje się odrzucić tożsamość i godność rodziny, sprowadzając ją do zwykłego współżycia partnerów. Jednocześnie zaznacza, że opinia publiczna nadal postrzega rodzinę jako związek mężczyzny i kobiety, czego przykładem była dyskusja i odrzucenie ratyfikacji Konwencji Stambulskiej, a tutejsze ustawodawstwo nie uznaje za małżeństwa związków osób tej samej płci.

Inne problemy to liczne rozwody i coraz większe wpływy sekularyzacji, szerzącej się szczególnie wśród młodych, która podważa podstawy nierozerwalności małżeństwa, a nawet samą potrzebę zawierania go. Prawo bez większych przeszkód dopuszcza aborcję, reklamuje się środki antykoncepcyjne. Pragnąc zaradzić tej sytuacji, Kościół katolicki organizuje kursy przygotowania do małżeństwa, okresowe spotkania rodzin, katechizację dorosłych i spotkania formacyjne dla młodzieży.

Ponadto duża część społecznych problemów jest wspólna dla wszystkich krajów europejskich: konsumpcjonizm, relatywizm moralny, hedonizm, brak poczucia podstawowych wartości w życiu ludzkim; ale są też problemy typowo „bułgarskie”, odziedziczone po reżymie komunistycznym, np. powszechna nieznajomość religii i to nawet wśród tych, którzy uważają się za chrześcijan.

Relacje z prawosławiem

Relacje katolików z prawosławnymi zależą od konkretnego środowiska. W życiu codziennym wśród świeckich panuje otwartość i życzliwość. Także z księżmi prawosławnymi relacje są pozytywne, szczególnie w małych miejscowościach i na wioskach. "Na tym poziomie jest wiele kontaktów i współpraca w realizacji wspólnych projektów kwitnie, np. w Caritas na rzecz ubogich" – zaznacza bp Projkow.

Jeśli chodzi o hierarchię, wszystko zależy od konkretnego biskupa. Biskup sofijski Polikarp jest wobec katolików otwarty i serdeczny. Podobnie patriarcha Bułgarskiego Kościoła Prawosławnego Neofit (Dimitrow) jest życzliwy. Gdy był biskupem Ruse często gościł u tamtejszego ordynariusza diecezji nikopolskiej, bp Petko Christowa. Z kolei z niektórymi innymi hierarchami prawosławnymi kontakt jest trudny. Najbardziej niechętny katolikom jest biskup płowdiwski Nikołaj. Zdaniem bp. Jowczewa wśród prawosławnych można spotkać bardzo często postawy gorliwych i fanatycznych "zelotów", szczególnie wśród hierarchów i w środowiskach zakonnych. "Moim zdaniem nie można ich nazwać autentycznymi chrześcijanami prawosławnymi. To oni nawołują, żeby papież nie odwiedzał soboru Aleksandra Newskiego, żeby patriarcha Neofit nie spotykał się z Ojcem Świętym, żeby nazywać go tylko biskupem Rzymu, a nie broń Boże, Ojcem Świętym. Są fundamentalistyczne grupy prawosławnych, na szczęście nieliczne, które zamierzają protestować przeciwko papieskiej wizycie" - mówi bp Jowczew.

Bułgarski Kościół Prawosławny jest od dawna znany ze swej postawy antyekumenicznej, a zwłaszcza antykatolickiej. W 1995 r. wystąpił ze Światowej Rady Kościołów i Konferencji Kościołów Europejskich na znak sprzeciwu wobec nadmiernej – jego zdaniem – protestantyzacji i upolitycznienia obu tych instytucji, a także wprowadzania tam takich elementów jak kapłaństwo kobiet czy uleganie ideologii feminizmu w teologii. BKP przez wiele lat sprzeciwiał się przyjazdowi Jana Pawła II do Bułgarii a gdy w maju 2002 r. mimo wszystko na zaproszenie władz świeckich odwiedził ten kraj, Patriarchat Bułgarski starał się pomniejszyć rangę tego wydarzenia, zaś niektórzy hierarchowie dopuścili się nawet niechętnych gestów wobec delegacji watykańskiej.

"Jeśli chodzi o kontakty na poziomie hierarchii, to z naszej strony decyzje muszą być podejmowane kolegialnie przez Synod naszego Kościoła. W dialogu teologicznym oraz ruchu ekumenicznym nasz Kościół nie bierze udziału. Dotyczy to nie tylko katolików, ale także innych Kościołów chrześcijańskich. Nasi wierni, wykształceni teologicznie, wiedzą, kto ma sukcesję apostolską, a kto nie. I oczywiście w naszych relacjach jest wielka wartość, bo katolicy mają zachowaną sukcesję apostolską" - mówi bp. Gerazym, sekretarz generalny Świętego Synodu Biskupów BKP. Z drugiej strony podkreśla, że Bułgarzy są tolerancyjni i nigdy nie dochodziło do gorących sporów na tle religijnym. "Miejscowi katolicy są po prostu swoi, dlatego nie ma żadnego problemu w relacjach między wiernymi obu naszych Kościołów. Znam taką wioskę Nowo Dełczewo na południu kraju, w której są dwie cerkwie. Jedna jest prawosławna, druga unicka i cała społeczność żyje od pokoleń zgodnie, nie ma tam napięć na tle wyznaniowym" – mówi bp Gerazym.

Ekumenizm życia

Jak zauważa bp Projkow, gdy do Bułgarii docierają wpływy z Zachodu dotyczące etyki i moralności, destabilizacji małżeństwa i rodziny, które nie są akceptowane, wówczas spontanicznie powstaje wspólny front sprzeciwu, w który angażują się wszyscy chrześcijanie.

"Wypracowują wspólne stanowiska i ich bronią. Tak było z próbą legalizacji eutanazji. W Bułgarii eutanazja została odrzucona po protestach wiernych z różnych Kościołów. Podobnie ze związkami jednopłciowymi. Mocny front sprzeciwu powstał także wobec prób ratyfikacji Konwencji Stambulskiej, zmobilizowali się wówczas wierni ze wszystkich wspólnot religijnych i ostatecznie została odrzucona" – mówi bp Projkow.

Hierarcha z uznaniem mówi o współpracy z chrześcijanami innych Kościołów. Z protestantami, których liczbę ocenia się na ponad 100 tys. stosunki są bardzo dobre. Najlepiej między sobą porozumiewają się osoby świeckie, które organizują różne akcje charytatywne na rzecz ubogich. Jedną z najważniejszych inicjatyw ekumenicznych jest coroczny Marsz na rzecz Życia i Rodziny. Jest to inicjatywa obywatelska Kościołów: katolickiego, ewangelickiego i prawosławnego, która odbywa się od 2016 r. w pięciu największych miastach Bułgarii: Sofii, Płowdiwie, Warnie, Burgas i Ruse i jest chrześcijańską odpowiedzią na "paradę równości". Jego głównymi organizatorami są dr Bogdan Penew, koordynator marszu z ramienia Kościoła katolickiego, lider prawosławnych, Nikołaj Kolew i ewangelik Iwajło Tinczew, prezes antyaborcyjnego Stowarzyszenia Wybór Życia. Zaprojektowali plakaty, tiszerty, na facebooku zrobili kampanię. Marsz z udziałem ponad 2,5 tys. osób, który co roku szeroko relacjonowany jest w mediach, organizuje federacja trzech organizacji "Społeczeństwo i wartości", która chce bronić małżeństwa i rodziny a łączą je chrześcijańskie wartości. Federacja bardzo aktywnie protestowała także przeciwko ratyfikacji Konwencji Stambulskiej. Skutecznie, gdyż nie została ona ratyfikowana przez Bułgarię.

Katolicy mają bardzo dobre relacje także z wyznawcami islamu, którzy po części są etnicznymi Bułgarami i nazywani są pomakami. Część z nich to Turcy. Mieszkają w Rodopach, w Smoljan, w Silistrze nad Dunajem, Razgrad i innych miejscowościach. "To pokojowo nastawiona grupa, jest ich około miliona. Tuż przed upadkiem komunizmu miał miejsce ponury epizod przymusowej zmiany przez komunistyczny rząd imion i nazwisk bułgarskich muzułmanów, co spowodowało wielkie napięcie i część z nich wyjechała do Turcji. Po 1989 r. wrócili do Bułgarii i są ludźmi, z którymi można spokojnie koegzystować" – mówi bp Projkow.

Oczekiwania

"Wizyta w naszym kraju jest oczekiwana i będzie dobrze przyjęta, zarówno przez władze państwowe, jak i samorządowe. Przewidziane jest także spotkanie papieża z Synodem naszego Kościoła. Postaramy się odwzajemnić jego świeży i serdeczny stosunek do wszystkich ludzi" – mówi bp Gerazym.

Dla Eleny Penew, profesora Uniwersytetu Sofijskiego im. św. Klemensa z Ochrydy i członkini dominikańskiej fraterni św. Katarzyny Aleksandyjskiej, pielgrzymka papieża będzie impulsem nie tylko dla Kościoła w Bułgarii, ale i dla całego kraju, w tym niewierzących. "Franciszek robi na nich wrażenie, umie przemawiać do ludzi prostym i jasnym językiem" – zaznacza.

Historia bułgarskiego katolicyzmu

Katolicy w Bułgarii zawsze byli mniejszością. W roku 865 bułgarski władca, książę Borys I, przyjął chrzest z rąk patriarchy Konstantynopola. Decyzję podjął po długim okresie wahania i pod naciskiem potężnego sąsiada – Imperium Bizantyjskiego. Wcześniej książę prowadził korespondencję z patriarchą Konstantynopola i papieżem Mikołajem I. Ostatecznie Bułgaria związała się z chrześcijaństwem wschodnim, przejmując sztukę, liturgię i duchowość od sąsiadów (ale kultywując liturgię w staro-cerkiewno-słowiańskim), zaś wspólnota katolicka była nieliczna i skupiona w kilku miastach. Jednym z nich było miasteczko Cziprowci i kilka okolicznych wiosek, gdzie w XIV w. osiedlili się górnicy i hutnicy z Saksonii, a także Sofia i Weliko Tyrnowo, gdzie istniały kolonie kupców z Dubrownika. Budowali oni kościoły i dbali o to, żeby mieć stałą opiekę duszpasterską. Gdy pod koniec XIV w. królestwo bułgarskie dostało się w niewolę Imperium Ottomańskiego, kontakty z Rzymem były utrudnione. Rozpoczęła się głęboka, trwająca 500 lat izolacja Bułgarii od reszty Europy.

Kolejna grupa katolików pojawiła się na terenach bułgarskich pod koniec XVI w. Przekazy historyczne mówią o konwersjach w Równinie Dunaju i w Bułgarii południowej, gdzie żyje większość tzw. katolików paulicjańskich. Byli oni potomkami paulicjan, których herezja powstała w VII w. w Armenii. Część z nich została zesłana jeszcze w czasach panowania Imperium Bizantyjskiego do Tracji i nad Dunaj, na obecne ziemie bułgarskie. Dotarł do nich franciszkanin z Bośni Piotr Solinatus (1565-1623). Dzięki jego pracy ewangelizacyjnej paulicjanie przyjęli katolicyzm. Choć nieliczna, wspólnota katolicka istotny sposób przyczyniła się do rozwoju kultury narodowej. Biskup Petyr Parczewicz (1612-1674) był wybitnym dyplomatą, zabiegającym na europejskich dworach (także polskim) o wyzwolenie swojego kraju. W Wenecji na zamówienie katolików wydano pierwszą drukowaną książkę, młodzi Bułgarzy studiowali w Rzymie. W tym okresie utrwalił się zwyczaj, który przechował się przez stulecia – katolicy pisali po bułgarsku łacinką. Ten zaczątek renesansu kultury zakończył się tragicznie. W 1688 r. w Cziprowci i okolicznych wsiach wybuchło powstanie przeciw okupantom tureckim. Powstanie zostało krwawo stłumione – ludność bestialsko wymordowana, uprowadzona w jasyr, tylko nielicznej grupie udało się przeprawić przez Dunaj i osiedlić w Banacie na dzisiejszym pograniczu węgiersko-serbskim. Kościół katedralny w Cziprowci został zrównany z ziemią. Nastąpił okres stagnacji i kryzysu. Dopiero w 1841 r. włoscy ojcowie kapucyni założyli placówkę misyjną w Płowdiwie. Po latach nieobecności pierwszym biskupem sofijsko-płowdiwskim został o. Andrea Canova.

Gdy w XIX w. zaczęła krystalizować się świadomość narodowa Bułgarów, zaczęli oni dążyć do utworzenia narodowej, niezależnej od patriarchy Konstantynopola, Cerkwi narodowej. W 1860 r. część prawosławnych o sympatiach prozachodnich, przystąpiła do unii z Rzymem, która została zerwana po porwaniu przez agentów rosyjskich pierwszego prymasa abp. Josifa Sokołskiego. Rok wcześniej w mieście Kukusz w Macedonii także została zawarta unia z Rzymem. Potomkowie unitów z Kukusz osiedlili się w Bułgarii po krwawym stłumieniu powstań przeciw tureckiej okupacji, które wybuchły na początku XX w.

Normalne warunki rozwoju wspólnot katolickich zostały stworzone dopiero po wyzwoleniu Bułgarii w 1878 r. Choć byli nieliczną grupą, traktowaną z rezerwą przez prawosławnych rodaków, księża, zakonnicy i zakonnice katoliccy zakładali szkoły, szpitale, jadłodajnie. W niewielkim 6-milionowym kraju prowadzili dziewięć kolegiów na najwyższym poziomie europejskim, przyczyniając się do europeizacji opóźnionego cywilizacyjnie kraju, od lat 20. ub. wieku wydawali regularnie pismo "Istina", książki i broszury.

Wspólnota katolicka okrzepła duchowo i organizacyjnie w latach 20. i 30. XX w. dzięki wsparciu abp. Angelo G. Roncallego, ówczesnego delegata apostolskiego w Bułgarii, późniejszego papieża Jana XXIII, który tu pracował w latach 1925-1935. To on nawiązał kontakty z rozproszonymi unitami, unormował ich status w Kościele i skonsolidował wiernych obu obrządków. Do dziś czują się oni jednością i parafianie kościoła obrządku łacińskiego w Sofii uczestniczą we Mszy grekokatolickiej w świątyni pw. Zaśnięcia Bogurodzicy, wierni znają oba obrządki, katechizują i pracują w obu parafiach.

W czasie swojej posługi abp Roncalli nieraz powtarzał, że Kościół wzrasta najintensywniej na glebie nasączonej krwią męczenników. Czas męczeństwa nadszedł wraz z nastaniem reżimu komunistycznego, a większość jego ofiar papież Jan XXIII znał osobiście. W latach komunizmu zamknięto szpitale i szkoły katolickie, skonfiskowano mienie kościelne. Pokazowe procesy księży, zakonników i świeckich, przetoczyły się w latach 1949-1953. Bp diecezji nikopolskiej Ewgeni Bosiłkow (1900-1952) został oskarżony o „szpiegostwo na rzecz Watykanu” i zamordowany w sofijskim więzieniu, a informacja o jego śmierci została potwierdzona przez władze bułgarskie dopiero w 1975 roku. Bp Bosiłkow został ogłoszony w 1998 r. pierwszym katolickim błogosławionym bułgarskim. Bp diecezji sofijsko-płowdiwskiej Iwan Romanow zmarł w więzieniu kilka miesięcy po swoim procesie. Dla bułgarskich katolików rozpoczął się czas biernego oporu i heroizmu. Pozbawieni księży, przekazywali wiarę w ukryciu, z niezrozumiałym dla reszty rodaków uporem.

Podczas swej wizyty Jan Paweł II beatyfikował trzech innych zamordowanych w okresie komunistycznym kapłanów bułgarskich. Byli to księża asupmcjoniści: Piotr (Petyr) Wiczew, Paweł Dżidżow i Jozafat Sziszkow.

Alina Petrowa-Wasilewicz i Krzysztof Tomasik

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem